Powoli wkradali się na muzyczny rynek, jednak z każdym kolejnym nowo prezentowanym utworem, zbierali coraz większą grupę fanów. Jedni słuchali ich tylko w głośnikach, inni podziwiali ciekawe teledyski, jeszcze inni słuchali ich na koncertach, jak chociażby podczas zeszłorocznego OFF Festivalu. Jeśli debiut zespołu liczyć od wydania ich pierwszego długogrającego albumu, pomijając EPki, to mogę śmiało stwierdzić, że Glass Animals są jednymi z najciekawszych debiutantów tego roku.

Gdy trip-hopowa scena zamarła na jakiś czas, ich pierwszy longplay stał się powiewem świeżości w tym lekko zakurzonym nurcie. Odnaleźli w tej muzyce swój świat i stworzyli swoje własne szklane zwierzęta – unikatowe, rozpoznawalne dla tej grupy brzmienia, które porywają słuchacza w niepokojącą, acz przyjemną podróż. Powolne rytmy, nierzadko psychodeliczne dźwięki i matowy wokal to najważniejsze atuty, które można odnaleźć słuchając Zaby.

Debiutancki album zawiera już kilka utworów, które są znane fanom zespołu, mianowicie klimatyczny Blac Mambo i Gooey. Pozostałe kompozycje trzymają równie wysoki poziom, co wcześniej prezentowane utwory i idealnie wpasowują się w konwencję albumu. Materiał zdaje się być bardzo przemyślany, dzięki czemu grupa stworzyła naprawdę spójny album, który jest czymś więcej, niż tylko krążkiem z utworami. Nic w tym dziwnego, bo chłopaków z Glass Animals wziął pod swoje skrzydła znany producent Paul Epworth, tworząc z nich jednego z czołowych młodych gwiazd swojej nowej wytwórni Wolf Tone. Gdyby nie Paul chłopaki prawdopodobnie porzuciliby muzykę, a na pewno nie wydaliby albumu tak szybko, ponieważ zrażeni brakiem zainteresowania swoją pierwszą EPką zrobili sobie przerwę od wspólnego grania i tworzenia nowych dzieł.

Z ich muzyką jest tak samo, jak z okładką ich płyty. Zdaje się lekko niepokoić, choć przyciągać słuchacza, trochę go hipnotyzując. Aranże w wielu przypadkach są raczej proste, jednak pojedyncze akcenty i drobne dogrania czynią je wyjątkowymi. To właśnie one są odpowiedzialne za niesamowity klimat materiału znajdującego się na Zabie. Cała muzyczna oprawa jest zaś świetnym tłem dla głosu Davida Bayley. Jego matowa barwa sprawia, że słuchacz podąża za nią w świat pełen tajemnic brytyjskiej grupy. Jest czymś w rodzaju kuszącego szeptu wprost do ucha, którego chce się słuchać, choć nie do końca wiadomo czy można, czy się powinno. Świetnie prowadzony wokal jest bardziej liryczną odpowiedzią na dokonania choćby takich muzycznych gigantów, jak Massive Attack. Pomimo braku wokalnych popisów barwa Bayleya zdaje się być raz senna, raz pociągająca, czasem niepokoi, a czasem brzmi bardzo erotycznie. Naładowana jest wieloma emocjami, które wokalista skrzętnie ukrywa i nie pozwala im za bardzo wyjść na powierzchnię.

Pomimo, że spójność materiału jest ogromną zaletą Zaby, to jednak nieraz miałem wrażenie, że powoli się gubię podczas przesłuchiwania płyty. Gdy przestałem się skupiać na samej muzyce i ponownie do niej wracałem, nie do końca wiedziałem, w którym miejscu albumu się znajdowałem. Utwory momentami są na tyle podobne, że z czasem zapragnąłem jakiejś lekkiej zmiany, utworu o trochę jaśniejszym brzmieniu, mocniejszego uderzenia, lub jakiegokolwiek innego zabiegu, który sprawiłby, że powrót do dalszej części tego przemyślanego tworu będzie czymś na co słuchacz czeka i dzięki czemu ponownie chłonie go z równie wielką chęcią i przyjemnością.

Glass Animals swoim debiutanckim albumem zdecydowanie odświeżyli rynek muzyki elektronicznej. Stworzyli materiał, pod którym z dumą mogą się podpisać. Co więcej, wypracowali sobie styl, po którym można łatwo ich zidentyfikować. Stali się jacyś i nagrali album, który jest bardzo dobrym debiutem. Boję się trochę, że ich następny krążek będzie za bardzo przypominał Zabę, chociaż z drugiej strony nie wyobrażam sobie, aby ten zespół poszedł w innym kierunku, zmieniając swój obecny styl.

Nie ma więcej wpisów