Sia Furler to przypadek nietypowy – gwiazda, która wcale nie chce być gwiazdą, w przeciwieństwie do celebrytów, którym pisze piosenki. Jej na popularności i rozgłosie nie zależy, a wręcz się tego boi. Muzyczne cv ma imponujące, pomijając dotychczasową solową działalność jest jeszcze kilka chlubnych lat w składzie Zero 7 gdzie jej głęboki, soulowy głos idealnie dopasował się do trip hopowej stylistyki. Jednak zarówno kariera z brytyjskim duetem, jak i wczesne próby zasłynięcia solo kończyły się ucieczką w komercyjny niebyt i pisaniem przebojów dla innych. Niewykluczone, że teraz mimo gigantycznego sukcesu Chandelier, Furler znów uzna, że blichtr i sława są nie dla niej i zaszyje się w domowym zaciszu na kilka lat. Póki co jednak warto rzucić okiem na jej pierwszy od 2010 roku krążek.

Wywodząca się z Australii wokalistka chwali się umiejętnością napisania hitu w kilkanaście minut. Wiele takich piosenek sprzedała Rihannie, Beyoncé czy Britney Spears, Chandelier jednak zostawiła dla siebie z pewnością zdając sobie sprawę z komercyjnego potencjału tego kawałka. Zwrotka utrzymana w lekko dancehallowej stylistyce i dosłownie eksplodujący refren w pełni obnażający skalę oraz moc głosu artystki robią piorunujące wrażenie i detronizują nawet takie hity jak Wrecking Ball.

Przed przesłuchaniem płyty ciekawiło mnie ile przebojów na miarę tego jednego Sia jest w stanie wyprodukować i okazuje się, że da się znaleźć kilka potencjalnych hitów. Przede wszystkim są to chwytające za serce ballady, takie jak Eye of the Needle z imponującym popisem umiejętności wokalnych, dramatyczne Straight for the Knife czy Cellophane. Z bardziej dynamicznych fragmentów można natomiast wyróżnić Burn the Pages oparte na lekkich, dzwoniących klawiszach, jednak żadna z tych piosenek nie zapada w pamięć na długo i przebojowością nie równa się z Chandelier. Jest jeszcze Elastic Heart, które znalazło się na ścieżce dźwiękowej do Igrzysk Śmierci, ale w albumowej wersji brakuje dźwięcznego głosu The Weeknd, który idealnie pasuje do niskiego i zachrypniętego wokalu Sii.

W gruncie rzeczy nie oczekiwałam od tego krążka cudów, spodziewałam się przyzwoitego popowego albumu. 1000 Forms of Fear to zbiór dwunastu zgrabnie skrojonych kawałków, którym daleko do unikalności Zero 7, a bliżej do komercyjności Beyoncé. Furler, która w wywiadach ironicznie wypowiada się o pisaniu głupiutkich popowych piosenek dla innych, sama dla siebie nie stworzyła nic lepszego. Teksty to typowe rozpatrywanie damsko – męskich spraw ubrane we frazy do bólu oklepane (big girls cry when their hearts are breaking), w związku z czym jeszcze trudniej jest patrzeć na Australijkę jako ambitną artystkę.

Gwiazdy, którym Sia pisze piosenki potrzebują jej songwriterskich umiejętności. Na tej samej zasadzie może ona sama powinna mieć kogoś, kto pomoże jej stworzyć coś naprawdę nietuzinkowego, coś na miarę jej zespołowego wcielenia.

Nie ma więcej wpisów