Oczy muzycznego świata zwrócone były w ostatnim czasie na The Black Keys i ich nowy album. W międzyczasie Rival Sons wydali krążek, który jeśli znajdzie się w tym samym końcoworocznym zestawianiu, bez problemu powinien zająć dużo wyższe miejsce. Myślę, że kalifornijska formacja, która łączy w sobie bluesa i hard rocka z powodzeniem mogłaby walczyć o czołowe miejsca w rankingach. Great Western Valkyrie ma w sobie wszystko to, czego zabrakło na nowym wydawnictwie duetu z Ohio.

Siłą kapeli jest brzmienie. Gdyby Led Zeppelin nadal grali brzmieliby prawdopodobnie tak jak Rival Sons. Już sam początek wyznacza klimat całego krążka. Electric Man uwodzi gitarowymi riffami, wokalem przypominającym Dana Auerbacha. Zadziorny, żywiołowy refren równie dobrze mógłby być efektem twórczego geniuszu Jacka White’a. Razem z kolejnym Good Luck tworzą mocne wprowadzenie, które już przy pierwszym przesłuchaniu doskonale wpada w ucho.

W Secret najdobitniej można odczuć podobieństwo do Led Zeppelin, a w szczególności do wokalu Roberta Planta. Good Things odrobinę ostudza ten kipiący energią wulkan. Na pierwszy plan wysuwa się keybord przypominający odrobinę twórczość The Doors. Open My Eyes –  w mojej ocenie najlepszy utwór na tej płycie – zaczyna się bardzo podobnie do legendarnego Kashmir. Wystarczy wsłuchać się w perkusję, by dostrzec podobieństwo. Przy tak jawnej inspiracji trudno powiedzieć, że jest to przypadek, a nie celowy zabieg. Wykrzykiwane przez Jay’a Buchanana „somebody” mogłoby stać się charakterystycznym fragmentem każdego występu na żywo. Poza tym to naprawdę wspaniały, chwytliwy kawałek. Bardzo ciekawe jest także Belle Starr. Na zmianę mamy budowane jest napięcie, przyspieszane tempo, mamy elementy wyraźnie nawiązujące do hard rocka i spokojniejsze momenty z hipnotyzującym pokazem imponujących wokalnych umiejętności frontmana.

Na Great Western Valkyrie znalazło się również miejsce dla typowych i bardzo przyjemnych rockowych miłosnych ballad. Mowa konkretnie o Where I’ve Been czy zamykającym Destination On Course. Absolutnie wciągające, czarujące i po prostu piękne. Zazwyczaj bardzo trudno za pomocą słów opisać silne emocje, szczególnie te związane z uczuciami do drugiej osoby. W przypadku Rival Sons połowę sukcesu gwarantują melodie, gitary, perkusja (o wokalu nie wspominając), których słucha się z niebywałą przyjemnością raz, drugi, trzeci…

Pełno tu inspiracji, głównie tym co dobre, co zapisało się na kartach historii rocka. Sami członkowie mówią, że bliżej im do wzorowania się na Blind Willie Johnsonie i Howlin’ Wolf , a porównania do gigantów klasycznego rocka są co prawda budujące, ale odrobinę nietrafne. Mimo to nie sposób odpędzić się od skojarzeń z Led Zeppelin. To doskonałe nawiązanie do legendarnej grupy przede wszystkim, a także ogólnie do bluesa i hard rocka lat 60. i 70. Gitarzysta zespołu Scott Holiday powiedział kiedyś: „Rock’n’roll nie umarł. On po prostu spał”. Pozornie mało skromne i zuchwałe dwa zdania, jednak jest w nich sto procent prawdy.

Rival Sons kipią rock’n’rollem, którego od dawna szukaliśmy i który ostatnio znaleźć można było w El Camino The Black Keys. Samo Great Western Valkyrie porównywane jest do przedostatniego albumu wspomnianego duetu. Śmielsze opinie przyznają im miano zespołu, który nagrał jeden z najlepszych rock’n’rollowych albumów tego tysiąclecia. Cóż, ten kto postawił surową diagnozę, że stary jak świat gatunek umiera albo nie słyszał Rival Sons, albo my słuchamy złych proroków.

Po kilkukrotnym przesłuchaniu wciąż towarzyszy mi charakterystyczna dzika ekscytacja, na tyle silna, że bez problemu mógłbym dać maksymalną ocenę i śmiem twierdzić, że nikt by się nie obraził. Tę płytę naprawdę warto, a nawet trzeba przesłuchać. Kto tego nie zrobi ominie go najprawdopodobniej jeden z najlepszych tegorocznych materiałów.

Nie ma więcej wpisów