Za nami dziewiąta już odsłona festiwalu Audioriver, dzięki któremu niepozorne i spokojne na co dzień miasto Płock przez kilkadziesiąt godzin w lipcu niezaprzeczalnie staje się polską stolicą mniej lub bardziej pokręconej muzyki elektronicznej. Niektórym mogą nadal kojarzyć festiwal z rozrywką typowo dresiarską, ale organizatorzy dokładają starań, by każdy uczestnik odnalazł w tym czasie muzyczną niszę dla siebie i ewidentnie widać, że z roku na rok zapraszany jest coraz bardziej urozmaicony pod względem gatunków muzycznych skład. Przekłada się to oczywiście w widoczny sposób na większe zainteresowanie wydarzeniem – w tym roku bowiem karnety wyprzedały się całkowicie już kilka dni przed rozpoczęciem festiwalu, a czas trwania wydarzenia został przedłużony do trzech dni – tradycyjnie plażowy piątek i sobota oraz niedzielny Sun/Day na terenie płockiego Ogrodu Miejskiego Zespołu Obiektów Sportowych, podczas którego prezentowali się jeszcze za dnia między innymi Damian Lazarus, KiNK i Mano Le Tough.

Warto wspomnieć, że Audioriver to nie tylko koncerty do białego rana na płockiej plaży, ale również Targi Muzyczne na rynku Starego Miasta, gdzie w ciągu dnia jednocześnie wystawiają się się organizacje zajmujące się muzyką alternatywną oraz trwają koncerty w ramach Independent Market Stage, na których tańczą spragnieni zabawy festiwalowicze. Jakby jeszcze tego było mało kilka przecznic dalej działa również kino festiwalowe, gdzie zainteresowani mogą obejrzeć filmy muzyczne. Czas na Audioriverze można spędzać więc na wiele różnych sposóbów, ale wiadomo, że przyjeżdża się tu przede wszystkim dla wykonawców, którzy w tym roku stworzyli imponujący i różnorodny line-up, wśród którego zarówno fani drum’n’bassu, techno, deep house czy bardziej komercyjnej elektroniki mogli znaleźć coś dla siebie.

Piątkowy dzień rozpoczął się dla mnie od perfekcyjnego seta Marcina Cichego i Igora Pudło z duetu Skalpel, którzy mimo występu na festiwalu nastawionym na brzmienia techniczne postawili na właściwą im doskonale wypracowaną już stylistykę nu-jazzową, prezentując na Main Stage mieszankę dokonań ze swoich poprzednich albumów, jak i powiew nowego materiału z nadchodzącego długo wyczekiwanego krążka. Niestety szampańskie nastroje i dobrze zapowiadający się wieczór niespodziewanie przerwała dość kapryśna pogoda – rzęsisty deszcz spowodował najpierw częściowy odpływ publiczności z otwartej Wide Stage, gdzie w najlepsze trwał taneczny set w wykonaniu uśmiechniętych Maribou State, a potem przymusowo wyprosił ze sceny głównej część bawiących się na Pretty Lights, który oprócz kapitalnych EDM-owych dźwięków zapewniał pierwszorzędną oprawę wizualną swojego występu w postaci wielokolorowych laserów. Niech żałują też ci, którzy nie widzieli półtoragodzinnego koncertu jednego z headlinerów festiwalu – duńskiego producenta Trentemøllera występującego na scenie wraz z czteroosobowym zespołem, w skład którego wchodzą między innymi Sune Rose Wagner z The Raveonettes i Jonny Pierce z grupy The Drums. Brzmienia gitar doskonale współgrały tu z eterycznym wokalem, pięknie komponującym się z charakterystyczną dla muzyka minimalistyczną elektroniką.
Niestety dalsza część piątku minęła pod znakiem nieszczęśliwych zbiegów okoliczności i nieprzewidzianych efektów pogody. Dwóm artystom: Loco Dice i Audio nie udało się dotrzeć do Płocka kolejno ze względu na awarię samolotu w pierwszym przypadku i ciężki stan zdrowia drugiego artysty, a trwające przez pół nocy ulewy spowodowały dodatkowo przeciekanie Hybrid Tentu. Po skróconym występie Camo & Krooked publiczność została natychmiastowo ewakuowana, a kolejne koncerty anulowane bez możliwości przeniesienia ich na sobotę, w efekcie czego S.P.Y. i Dom & Roland nie mieli również szansy zaprezentować się na festiwalu. W oficjalnym oświadczeniu prasowym organizatorzy festiwalu napisali: „Po zeszłorocznej edycji, kiedy to przez cały festiwal była piękna pogoda, a żaden z artystów nie odwołał swojego koncertu, wczoraj niestety los postanowił nieco nadrobić zaległości. (…)”. Choć nijak nie można upatrywać w zaistniałej sytuacji winy ze strony festiwalu, to niestety nie zmniejszyło to rozgoryczenia i frustracji części zawiedzionych uczestników. Niektórzy jednak mimo wszystko do białego rana bawili się w Circus Tencie, gdzie przez długi, długi czas królowała najpierw piękna Nina Kraviz, a nastrojowo zakończył dzień Max Cooper.

Drugi dzień przebiegał bez nieprzyjemnych niespodzianek pogodowych, a artyści stawili się właściwie prawie zgodnie z zapowiedzią – wyjątkiem od reguły było odwołanie długo oczekiwanego przeze mnie występu Hot Since 82, który na swoim profilu na Facebooku tłumaczył się problemami zdrowotnymi. W klimat wieczoru wprowadził mnie Piotr Kaliński ze swoim projektem Hatti Vatti, a głębokie podkłady dubowe jego produkcji uzupełniała fascynująca barwa głosu Lady Katee oraz charakterystyczne wizuale wykonane przez VJ-ów Emiko i Kamyka. Scena główna przejmowali kolejno najpierw Szwedzi z Little Dragon na czele z charyzmatyczną wokalistką Yukimi Nagano, którzy prezentowali głównie materiał ze swojej ostatniej płyty Nabuma Rubberband. Potem musieli ustąpić miejsca bardzo entuzjastycznie przyjętemu przez publiczność duetowi Booka Shade, w czasie którego DJ-e: Walter Merzinger i Arno Kammermeier przenieśli festiwalowiczów w klimat klubów lat 90-tych i bawili się przy tym prawdopodobnie co najmniej tak dobrze jak widzowie, kończąc swój prawie półtoragodzinny set najnowszym kawałkiem Love Drug. Bardzo duża ilość ludzi pod główną sceną znalazła się na koncercie Naughty Boya, ale mi osobiście bardziej odpowiadał klimat Circus Tent w czasie seta DJ Koze, którego występ odwołano na zeszłorocznym Tauronie Nowej Muzyce.
W Hybrid Tent utrzymywał się nastrój iście tech-housowy, zapoczątkowany przez Daniela Avery’ego, kontynuowany przez Erola Alkana, a potem godnie uwieńczony przez Brodinskiego. Widać było, że Francuz świetnie bawił się swoim występem i miksował utwory tak umiejętnie, by parkiet od początku do końca pozostawał rozgrzany do czerwoności, a publiczność (szczególnie damska część) skupiała się nie tylko na muzyce, ale i na charyzmatycznej postaci uroczego producenta. Sobotę zwieńczył fenomenalny John Digweed, który od trzeciej nad ranem przez dwie godziny po prostu nie dawał szans na wyjście z namiotu, wprowadzając w stan euforii publiczność i rekompensując niedoskonałości dnia poprzedniego. Ci, którzy jeszcze nie mieli dość szaleli jeszcze potem do plus nieskończoności przy dźwiękach Maetrika.

Audioriver to festiwal, który można polecić nie tylko zagorzałym fanatykom szeroko pojętej elektroniki – zarówno tym, którzy lubują się w industrialnym techno, połamanych bitach i lekkim housie, ale przede wszystkim ludziom kochającym muzykę i dobrą zabawę, bo co jak co, ale niezapomniana atmosfera i niezapomniane wrażenia są podczas tego wydarzenia gwarantowane. Do zobaczenia za rok!

Nie ma więcej wpisów