Każdy kto chociaż otarł się o twórczość Morrisseya lub The Smiths wie, że fenomen tego człowieka polega przede wszystkim na niezwykle ciętym języku i umiejętności celnej krytyki społeczeństwa. Nie bez powodu w latach 90. nazwano go ojcem chrzestnym brit popu i nawet Albarn na albumach Blur z tamtego okresu nie dorównał starszemu koledze pod tym względem.

Dla Morrisseya nie ma tabu, polityka, religia czy tematy społeczne od zawsze przeplatają się w jego tekstach, a im bardziej kontrowersyjny temat tym lepiej. Jednak porównując krążek Bona Drag z 1990 roku ze słynnym Quija Board, Quija Board, gdzie autor wyśmiał zabawę w wywoływanie duchów, z tematami poruszanymi na najnowszym wydawnictwie można zauważyć, że artysta przybrał poważniejszy ton.

Buńczuczny tytuł krążka wywołuje uśmiech na twarzy, ale im dalej brniemy w tekst zarówno tytułowego kawałka jak i całej reszty, pojawia się znudzenie, a nawet lekki niesmak. Mozz do tego stopnia skupił się na ataku otaczającego go świata, że zapomniał o poczuciu humoru i zdrowej ironii, która była jego najpotężniejszą bronią. Zamiast tego pojawiają się frazy typu the rich must profit and get richer and the poor must stay poor czy each time you vote, you support the process, które brzmią jak argumenty anarchistów sprzed 30 czy 40 lat, czyli, innymi słowy są przestarzałe.

Jeśli chodzi o melodię to World Peace Is None of Your Business jest jednym z najlepszych fragmentów płyty, jeśli tekst nie brzmi zadziornie to przynajmniej gitara wykonuje tu dobrą robotę. W I’m Not a Man Morrissey jawi się jako jedyny sprawiedliwy i popadając w ton moralizatorski serwuje nam wykład z etyki, który brzmi dosyć nieprzekonująco w porównaniu ze wzruszającym Meat Is Murder z czasów The Smiths.

Prawdę mówiąc to mało co na tym krążku brzmi przekonująco. Tak doświadczonego i zasłużonego muzyka stać na więcej niż lekkie, zbyt szybko wylatujące z głowy melodie w stylu Kiss Me a Lot czy Bullfighter Dies będące kolejną manifestacją poglądów autora, a hiszpańskie motywy w Earth Is the Lonliest Planet of All zupełnie tu nie pasują. W Istanbul Morrissey porzuca komentowanie rzeczywistości na rzecz zwyczajnego opowiedzenia historii dzięki czemu słuchacz przysłuchuje się z ciekawością do końca i choć pod względem kompozycyjnym wciąż nie jest to majstersztyk, to kawałek jawi się jako jeden z jaśniejszych punktów na albumie.

Każdy artysta powinien być czujnym obserwatorem i niezależnym komentatorem otaczającej go rzeczywistości. Powinien jednak także pamiętać, że istnieje linia, której nie wolno mu przekraczać, za wszelką cenę powinien pozostać obiektywny oraz wyrażać swoje opinie w miarę możliwości taktownie. Ex-frontman the Smiths na szczęście nie został politycznym agitatorem, jednak zapomniał o subtelności, co dziwi, jeśli pomyślimy, że mamy do czynienia z jednym z najznakomitszych tekściarzy w Wielkiej Brytanii. Fragmenty, w których stara się nas przekonać do jakiejś idei wypadają blado, natomiast osobisty, pozbawiony kontekstu społecznego tekst Smiler With a Knife idealnie współgra z łagodną, akustyczną gitarą, pełnymi napięcia przerwami i monumentalnymi uderzeniami w klawisze. Jest to jedyny utwór na tym wydawnictwie, który przypomina o świetności poprzednich dokonań jego autora.

Wielki Mozz powodowany chęcią zmieniania świata stracił dystans jaki powinien był zachować wobec swoich słów, w rezultacie jego teksty przestały być atrakcyjne, a w zestawieniu z przeciętnymi melodiami daje to średnio interesujący album. Gdyby tylko skupił się na muzyce zamiast zbawiać świat, rezultat z pewnością byłby ciekawszy.

Nie ma więcej wpisów