Muzycznie dzień drugi okazał się dużo ciekawszy i dostarczył offowiczom zdecydowanie więcej wrażeń, przede wszystkim dzięki bogatemu programowi.

Ci, którym udało się dotrzeć na początkowe koncerty, mieli okazję zobaczyć m.in. Jacka Lachowicza w swoim najnowszym projekcie L.A.S. czy rozchwytywane przez fanki Bobby The Unicorn. Ja drugi dzień rozpoczęłam od bardzo pożądanej dawki niszowego zniszczenia i hałaśliwej ściany gitar, którą zaserwował brytyjski zespół Hookwarms. Oglądając ich występ na myśl przyszło mi połączenie rytmiki A Place to Bury Strangers z dzikością Metz. Co prawda panowie nie demolowali sceny, ale przekazali ogromną energię ze sceny. Koncertem na OFF Festivalu promują wydany w zeszłym roku debiutancki album Pearl Mystic, którym już zapewnili sobie miejsce w czołówce młodych, debiutujących zespołów. W tym 45-minutowym występie zmieścili wszystko to, co spadkobiercy Spaceman 3 i Loop powinni przekazać. Pierwszy zespół, który trafia do kategorii Odkrycie OFFa.

Jednocześnie na scenie mBank w pełnym słońcu publiczność rozgrzewał Zeus ze swoim składem Pierwszy Milion. Podobnie jak Bisz w zeszłym roku, koncert ten okazał się powiewem świeżości w typowo rockowo-eksperymentalnym line-upie. Zeus to kolejny dowodów na to, że polska scena hip-hopowa ma się całkiem nieźle, a sam hip-hop nie musi opowiadać tylko o blokowisku. Prosty w swoim sposobie bycia, bezkompromisowy, ale jednocześnie niesamowicie otwarty na ludzi. Opowiada o rzeczywistości nie tylko tej życiowej, ale i muzycznej. Za pomocą prostych, ale zrozumiałych i z uwagą dobranych słów wchodzi w dialog z publicznością, która naprawdę świetnie się bawi przy bitach, których na co dzień nawet nie słucha.

Sporą ciekawość, zwłaszcza wśród zagranicznej publiczności wzbudził zespół Variété. Niektórzy kojarzą ich jeszcze z samych początków grupy, inni słyszeli o nich, kiedy Bydgoszczanie snuli plany powrotu na scenę, a jeszcze inni spotkali się z ich twórczością po raz pierwszy. Polska zimna fala niewiele ma zespołów, które wciąż potrafią grać tak, jak 30 lat temu. Grzegorz Kaźmierczak śpiewający w tak emocjonujący i zarazem surowy sposób, okazał się jednym z najbardziej wiarygodnych wokalistów, jakich miałam okazję zobaczyć podczas dnia wczorajszego. Równie wiarygodny okazał się wokalista Deafheaven. Początkowo występ tego zespołu miałam zamiar ominąć z racji niezbyt wpisującej się w moje gusta stylistyki zespołu. Wpadłam na chwilę, zostałam na dłużej. Choć growl nie należy do moich ulubionych technik wokalnych, to jednak w połączeniu z nieco psychodeliczną i wielowątkową melodią i bardzo rozbudowanymi partiami wokalnymi naprawdę brzmiał intrygująco. Siła tego zespołu tkwi najprawdopodobniej w występach na żywo, bo tylko podczas nich można usłyszeć i zobaczyć, co ten zespół ma do powiedzenia.

Jednym z ważniejszych i na pewno z bardziej oczekiwanych występów był koncert Chealse Wolfe. Piękna, eteryczna, absolutnie zjawiskowa Chealse. Już od pierwszych dźwięków zbudowała ogromne napięcie, wprowadzając element dramaturgi swoją postacią. Ubrana w długą białą suknie, w ciemnym makijażu, subtelnie poruszająca się po scenie bez wątpienia skupiała całą uwagę na sobie. Pierwsze trzy utwory, w tym genialnie Feral Love były dobrym wyborem. Zaśpiewane tak, że czuło się w nich każdą emocję. Jednak druga część setlisty okazała się nieco monotonna. Niefortunna kolejność utworów sprawiła, że dało się zauważyć mocne spowolnienie tempa, przez co niektórzy mogli poczuć się znudzeni. A szkoda, bo zapowiadało się bardzo dobrze.

Wieczór należał do „najbardziej brytyjskiego z niemieckich zespołów”, czyli The Notwist. W zasadzie nie wiem jak opisać to, co ta kapela robi na żywo. To jeden z tych zespołów, których absolutnie nie da się w żaden sposób sklasyfikować. Ich muzyka jest niesamowicie dynamiczna, zmienna i bardzo rozbudowana. W swoim brzmieniu łączą niemalże wszystko: od post-rocka, przez psychodeliczną elektronikę, aż po indie rockowe ballady. Niesamowita rytmika, żywiołowość i totalnie nieszablonowe podejście do grania na żywo. W przypadku The Notwist nie ma mowy o niedociągnięciach, każdy element, każdy instrument i muzyk, jest szalenie istotny. Insturmenty sterowane pilotami, talerz perkusyjny obcięty w spirale – takie instrumentarium musi dać piorunujący efekt. Była energia, szaleństwo i obłęd w oczach. Zamykający występ utwór Gravity to chyba najmocniejszy punkt setlisty, a wszystko przez bas, który czuło się oddychając. Zdecydowanie numer jeden wczorajszego wieczoru.

Warto zwrócić uwagę na NOON, który zagrał swój pierwszy koncert właśnie na OFF Festivalu. Do tej pory zajmujący się produkowaniem muzyki (głównie hip-hopowej), a nie jej tworzeniem Mikołaj Bugajak pokazał, że świetnie radzi sobie na obu płaszczyznach. Dodatkowo jest świetnym przykładem na to, że mniej znaczy więcej. Na scenie towarzyszyła mu tylko perkusja, która dopełniała samplowane przez niego dźwięki.

Po Noon nastał czas na headlinera dnia drugiego – legendarne The Jesus and Mary Chain, które pod sceną zgromadziło grupę swoich wyznawców. Niektórzy twierdzą, że zabrako im energii, inni, że było za cicho, a jeszcze inni, że to najlepszy koncert w ich życiu. Opinie są różne, ale jedno jest pewne – zespół brzmiał bardzo dobrze i choć w repertuarze zabrakło kilku sztandarowych utworów, jak Darkland, to jednak wielu przy Just Like Honey zakręciła się łezka w oku. Cokolwiek by nie powiedzieć, zobaczenie przynajmniej raz w swoim życiu takiej legendy i zespołu z takim dorobkiem i wkładem w historię muzyki, zawsze budzi ogromne emocje i powinno zostać docenione.

Drugi dzień OFFa zamknęłam koncertem na ulubionej scenie Leśnej, która co roku ma chyba najlepszy program i niemal wszystkie, zespoły, które się na niej pojawiają tworzą coś magicznego. Na pewno magią uraczył na skromny chłopak kryjący się pod pseudonimem PIONAL. To dowód na to, że elektroniczne projekty na tym festiwalu zawsze grają w odpowiednim miejscu, o odpowiednim czasie i sprawiają, że publiczność się rozpływa. Wczoraj rozpłynęli się wszyscy. Bardzo zmysłowy, emocjonujący i klimatyczny set, delikatny wokal PIONALA i godzina naprawdę świetnych klubowych rytmów. Kilka dni przez OFFem w myślach prosiłam o coś równie dobrego, co ubiegłoroczny John Talabot – życzenie zostało spełnione.

Nie ma więcej wpisów