Męskie Granie od dłuższego czasu święci coraz większe triumfy. Bilety wyprzedają się na długo przed koncertem. W ubiegłą sobotę w Forcie Bema w Warszawie zjawiła się największa jak do tej pory publiczność. Fenomen imprezy z pewnością zależny jest od stosunkowo niewielkiej kwoty, za którą dostajemy artystów z najwyższej półki, dających znakomite koncerty i trafiających do wymagających odbiorców. Co więcej, w Warszawie mieliśmy bardzo ciekawe zderzenie hip-hopu z rockiem. Z jednej strony Molesta Ewenement, z drugiej Illusion. Dla każdego coś dobrego.

Co prawda nigdy nie byłem namiętnym słuchaczem żadnego z tych wykonawców, jednak niemal każdy przez pewien okres uczestniczył w moim życiu. Patrick The Pan, objawienie ostatniego roku, szkoda że zmuszony był na jedynie 20-minutowy koncert. Także Ilussion i jeden z najbardziej zapracowanych ludzi polskiej muzyki – L.U.C. to przedstawiciele muzyki, która znajdowała się w obszarze moich zainteresowań. Molesta Ewenement to podróż do przeszłości, gdy słuchałem Paktofoniki, Grammatik, Pezeta i innych, których nawet już nie pamiętam. Wbrew powszechnemu mniemaniu hip-hop to nie kaptury na głowach, kije bejsbolowe i powyrywane krzesełka na stadionach. Ci ludzie naprawdę mają coś ważnego do przekazania, w ich muzyce też są emocje, wystarczy chcieć ich posłuchać i zrozumieć. W Warszawie wystąpili z Markiem Dyjakiem, którego głos w połączeniu z ich muzyką brzmiał całkiem ciekawie i intrygująco.

Największym pozytywnym zaskoczeniem był jednak występ Grubsona i Jareckiego. Tomasz Iwańca łączy w swojej twórczości hip-hop z jedynym gatunkiem, którego nie lubię i nigdy nie lubiłem, czyli reggae. Mimo wszystko, był to jeden z najlepszych koncertów tamtego wieczora. Spora dawka pozytywnej energii, duży power, pozytywne nastawienie i zaangażowanie artysty przełożyło się na świetny kontakt z publicznością. Odrzuciłem swoje wszystkie dotychczasowe uprzedzenia w stosunku do jego muzyki.

Do projektu Nowe Sytuacje podchodziłem z lekkim dystansem. W końcu Grzegorz Ciechowski może być tylko jeden, a na ruszanie świętości trzeba mieć legitymizację. Taką legitymizację mają naturalnie byli członkowie Republiki. Największe obawy miałem jednak co do tego jak wypadnie konfrontacja Tymona Tymańskiego i Jacka Szymkiewicza aka Budyń z utworami z pierwszej płyty legendy polskiego rocka. Muszę przyznać, że wyszło dobrze, a moje wątpliwości rozwiane zostały w trakcie Śmierci w Bikini wykonywanej przez Budynia. Z całym moim szacunkiem dla Tymańskiego, jednak to Szymkiewicz wypadł w tej roli lepiej. Niesamowita ekspresja i szaleńcza pasja widoczna i słyszalna była w każdym utworze, którego się podjął.

Jeśli chodzi o Nosowską, to warto przypomnieć słowa pewnej znanej osoby, która powiedziała kiedyś bardzo prawdziwą rzecz, iż „królowa jest tylko jedna”. Tą królową jest oczywiście wokalistka Hey. Publiczność krzyczała „Kasia, dajesz czadu”, a Kasia robiła swoje i czarowała, urzekała, zabrała do muzycznego raju. Doskonale wypadł duet ze Skubasem, z którym wykonała utwór Kto?. Równie świetnie brzmiała Era Retuszera, a także cover Maanam Się Ściemnia. Nosowska, która ma swój wyjątkowy i charyzmatyczny głos, ten utwór wykonała tak, jakby śpiewała go Kora. Absolutne mistrzostwo, wielkie ukłony Pani Kasiu!

Końcówka dnia to Andrzej Smolik i jego muzyczna wizja. Najpierw występ z solowym materiałem. Scena należała do zaproszonych gości, a było ich wielu. Przede wszystkim w zespole polskiego kompozytora wystąpił tegoroczny, głośny solowy debiutant Tomasz Organek. Poza nim pojawiła się Kasia Kurzawska z Sofy, która oczywiście zaśpiewała m.in. S. Dreams. Jedno z najlepszych wykonań należało jednak do Jahira Azima Inraniego, który wspierał Smolika podczas Zendegi. Irański muzyk z gracją zmierzył się z językiem polskim i zaaplikował porywające dźwięki orientu. Udowodnił przy tym, że publiczność równie dobrze może bawić się przy czymś, co niekoniecznie wiąże się z naszymi kręgami kulturowymi i tym, co dobrze nam znane. Oczywiście nie mogę nie wspomnieć o najdroższym mi 50 tysięcy 881. Oryginalnie z wokalem Artura Rojka, tym razem z powodzeniem (kto wie czy nie większym) wykonane przez Natalię Grosiak. Również Kev Fox pokazał klasę w kawałku L.O.T.T.

Zamknięcie imprezy to już występ supergrupy Męskie Granie Orkiestra. Muzycy dokonali własnej interpretacji najważniejszych utworów polskiej sceny muzycznej. Doskonale brzmiał Dawid Podsiadło, który eskplozywnym Kombinatem Republiki i To co czujesz to co wiesz Brygady Kryzys kolejny raz dowiódł, iż jest doskonałym artystą, szczególnie na żywo. Krzysiek Zalewski z rock’n’rollowym zadziorem brawurowo zagrał i zaśpiewał Oni zaraz przyjdą tu Breakout. Falę entuzjazmu wywołał singiel Elektryczny (tym razem zaśpiewany przez duet Nosowska-Podsiadło), który jest bezbłędnym koncertowym hymnem.

Nie mam cienia wątpliwości, że Męskie Granie to impreza, która jest potrzebna. Uważam, że to wyjątkowe i jedno z najlepszych przedsięwzięć muzycznych, jakie obecnie mamy w Polsce. To bardzo dobra alternatywa dla wszystkich tych, którzy za małe pieniądze chcą posłuchać swoich muzycznych idoli. Poziom koncertów jest szczerze naprawdę wysoki. Dla mnie osobiście była to impreza, którą trudno zapomnieć. Doskonałe, hipnotyzujące i wzruszające wykonania można by mnożyć. Wniosek jest jeden – polska scena muzyczna ma się dobrze. Kontakt między rodzimymi, szanowanymi i lubianymi artystami, a ich odbiorcami zbudował swojską, naturalną, ciepłą i bardzo przyjemną atmosferę

Nie ma więcej wpisów