Dziewiąta edycja OFF Festivalu dobiegła końca i śmiało można powiedzieć, że zakończyła się w wielkim stylu. Ostatni dzień imprezy obfitował zarówno w koncerty wielkich gwiazd, jak i dziwnych projektów.

Jednym z najdziwniejszych na pewno okazał się Ebola Ape, który na scenie Leśnej pojawił się w stroju goryla. Podobno ceni sobie anonimowość, dlatego pozostaje jedną wielką tajemnicą, także w kwestii wyglądu. Na OFFie zaprezentował mieszankę gęstych, zaczerpniętych z hip-hopu bitów i pokręconych sampli. Ten artysta naprawę wierzy w to, co robi. I choć dla niektórych może się to wydawać dziwne, to nie ma tu niczego na wyrost. Niestety nie jest to muzyka do grania w pełnym słońcu i to na otwartej scenie. Minus dla organizatorów.

Chwilę później w namiocie Trójki pojawiło się warszawskie trio pod nazwą Erick Shoves Them In His Pockets. Jeden chyba z najszczerszych i najbardziej wesołych składów, jakie w tym roku na OFFie można było zobaczyć. To melodie z rodzaju tych, przy których od razu robi się ciepło na sercu – urokliwe, delikatne i bardzo poprawne. Panowie w śmiesznych czapeczkach mający szczerą radość z tego, że grają i jeszcze ktoś ich oklaskuje. Bez kombinowania, nadmiernych udziwnień i doszukiwania się drugiego dna. Oby więcej takich pozytywnych kapel w przyszłości.

Jednym z większych miłych zaskoczeń okazał się Jonathan Wilson. Muzyka folkowa do tej pory średnio wpisywała się krąg moich festiwalowych zainteresowań, jednak patrząc na tego długowłosego songwritera, tę muzykę chciało się po prostu poznać. Wilson taki niedzisiejszy, trochę z minionej epoki, zawieszony w czasie. Niewiele się odzywał, ale zwyczajnie nie musiał. Wszystko co miał do powiedzenia, wyraził muzyką – nostalgiczną, momentami przeszywającą przy której wstrzymywało się oddech. Swój występ zamknął przepiękną balladą Valley of the Silver Moon, do której padający deszcz zdawał się idealnie pasować. Na tej samej scenie kolejnym zaskoczeniem była Warszawska Orkiestra Rozrywkowa grająca Song Reader Becka. W skład orkiestry wchodzi wielu niezwykle zdolnych muzyków, jak Olo Walicki, Bartłomiej Tyciński czy Marcin Masecki, a to musi dać dobry efekt. Artyści doskonale wykorzystali swobodę interpretacji materiału Becka i stworzyli niesamowicie różnorodne i nieszablonowe kompozycje, w których mimo wszystko zachowali ducha Becka. Bardzo rozbudowane instrumentarium (od kontrabasu, przez wibrafon, aż po kilka rodzajów klawiszy) sprawiło, że kompozycje nabrały współczesnego, ale jednocześnie unikatowego brzemienia. Do tego tekst śpiewany na kilka głosów i dostaliśmy coś zupełnie unikatowego.

Jedną z jaśniejszych gwiazd wieczoru ostatniego dnia był sam Artur Rojek. Dyrektor OFFa, choć mocno zestresowany, powtórzył występ z Open’era i znów zapewnił sobie doskonałe przyjęcie. Podczas wykonywania Beksy na scenie pojawił się chór Jutrzenka oraz chór dziecięcy, dzięki którym singlowy utwór nabrał innego wymiaru. Na uznanie zasługuje również nowa wersja Krótkich momentów skupienia, pozbawiona popowego podkładu, który zastąpiony został subtelną linią klawiszy. Jednak najbardziej wyczekiwanym utworem były Syreny, podczas których publiczność zasypało srebrne konfetti sygnowane firmowym znakiem AR. Rojek skończył swój występ przed czasem, by zaprosić offowiczów na koncert „najlepszego zespołu świata”.

Dla wielu właśnie takie jest Slowdive – najlepsze. Wielu przed tym koncertem obawiało się, czy główna gwiazda tegorocznej edycji OFF Festivalu udźwignie ciężar i spełni oczekiwania wiernych fanów i da satysfakcjonujący występ. Po doświadczeniach z lat ubiegłych, gdzie legendarne grupy dawały średnie występy, obawy te były co najmniej uzasadnione. W przypadku Slowdive, jak się później okazało, zupełnie niepotrzebne. Grupa wracając na scenę po wielu latach potwierdziła swoją wielkość i klasę. Zaprezentowali cały przekrój swojej twórczości – od pierwszej EP-ki, aż po ostatni album z 1995 roku. Już pierwsze dźwięki utworu Slowdive pokazały, że to będzie wielki występ. Doskonałe, głębokie, bardzo wyraźne brzmienie naprawdę robiło ogromne wrażenie. Wspaniale zagrana Alison czy Souvlaki Space Station , niezwykle rozczulająca wersja Avalyn i absolutnie zahipnotyzowana publiczność. Po sceną kilka zapłakanych pań we fryzurach wystylizowanych na Rachel Goswell z lat 80′ i panowie krzyczący „I Love You!”. Sama Rachel delikatna i subtelnie uśmiechnięta przez cały występ. Po koncercie czas się trochę zatrzymał, niektórzy ominęli kilka koncertów, by dojść do siebie. Szok, lekkie niedowierzanie, zachwyt. Do tego koncertu będę wracać jeszcze bardzo długo.

Po występie Slowdive wieczór należał w większości do elektronicznych i instrumentalnych projektów. Najpierw Fuck Buttons na scenie Leśnej zaserwowało potężną, głośną ścianę dźwięku, dusznych syntezatorów i gęstych bitów. Dwóch panów i ich królestwo. Trip-hop trochę odstający od reszty, bardziej agresywny, już nie powielający schematów, a wprowadzający coś nowego. Później genialne 65daysofstatic, które wygrało z poprawnym Belle & Sebastian. Choć bywali u nas już wielokrotnie, zawsze są świetnie odbierani. To już nie jest tylko post-rock. To muzyka malująca obrazy, przełamująca granice emocji, stwarzająca wyjątkową atmosferę. Dynamiczna rytmika, miękkie, łagodzące klawisze i głośne gitary – symbioza idealna. Po ich długo oklaskiwanym występie wielu podsumowało go, jako jeden z najlepszych na całym festiwalu. Trudno w to nie wierzyć, biorąc pod uwagę, że zespół jako jeden z niewielu, jeśli nie jedyny niespodziewanie bisował.

Ostatni dzień dziwnie się rozpoczął i dziwnie się zakończył. Dwa ostatnie występy to set Kalifornijczyka Sevengalistghost i Francuza Etienne Jaumet. Obaj w pojedynkę na scenie, w towarzystwie jedynie konsolet
i (w przypadku Jaumet) saksofonu. Pierwszy z nich w namiocie Trójki zaprezentował mieszankę surowego, ostrego techno i nieco łagodniejszych elektronicznych brzmień podszytych tradycją house’u. Wszystko to w połączeniu ze stroboskopowymi lampami zagwarantowało dziki trans, z którego naprawdę ciężko było się obudzić. Ten ostatni w swojej twórczości wykorzystuje brzmienie analogowych syntezatorów. Nic więc dziwnego, że jego muzyka w połączeniu z saksofonem czy harfą brzmi kosmicznie. Ci, którym udało się dotrwać ostatniego koncertu w namiocie eksperymentalnym rozpoczynającego się o 03:00 nad ranem z pewnością mogą potwierdzić, że nie jest to muzyka, przy której przyjemnie się zasypia.

OFF Festival wciąż pokazuję muzykę od trochę innej, mniej oczywistej strony. Wciąż wypełnia line-up projektami, które budzą kontrowersje, ciekawość, czasem złość lub zażenowanie, ale nie pozostają obojętne. Oby tak dalej.

Nie ma więcej wpisów