Wieść o pojawieniu się Lazaretto – drugiej solowej płyty muzyka odpowiedzialnego za powstanie takich zespołów jak The Dead Weather, The White Stripes i The Raconteurs – przyprawiła mnie o lekki zawrót głowy. Głównie z dwóch powodów – kiedy trafiłam po raz pierwszy na kawałki The Dead Weather wpadłam w tę muzykę po uszy i od tego momentu śledzę poczynania White’a i spółki niemal z szaleńczą obsesją; z drugiej strony wcześniej spodziewałam się nowości właśnie od wyżej wspomnianego The Dead Weather, ale niespodzianka jaką zaserwował Jack jak najbardziej mnie satysfakcjonuje. A po Open’erowym koncercie okazało się, że zostałam przez osobę White’a ponownie opętana. Nie zgłaszam jednak żadnych sprzeciwów.

Już szaleńcze wydanie tytułowego singla w 3 godziny 55 minut i 21 sekund (czym Jack pobił rekord świata), porywającego niesamowitą ekspresją – bezkompromisową gitarową aranżacją połączoną z wykrzyczanym wręcz tekstem – powaliło mnie na łopatki i już na tym etapie kazało sądzić, że cały krążek będzie na czymś totalnie niezwykłym. Ale sama jego historia zaczyna się tak naprawdę w czasie, kiedy Jack miał 19 lat, bo na albumie znalazły się spisane lata temu, a znalezione na poddaszu stare historie, które po lekkim odświeżeniu zmieniły się w warstwę liryczną płyty.

Muzycznie to nie do końca White, którego znamy od lat. Podobieństwa do pierwszej solowej płyty (Blunderbuss) oraz do dźwięków kojarzonych z grupą The Dead Weather (bo to właśnie do nich muzyce z Lazaretto bliżej niż do The Raconteurs) istnieją, jednak widać, że Jack zmienia się jako artysta. Zamiast wielkich rewolucji – bo to nie o takich zmianach tu mowa – chodzi raczej o poziom zabawy wypracowaną przez niego wcześniej formułą, która jak się okazuje, sprawdza się w stu procentach. White bez żadnych oporów z uporem maniaka łączy, dzieli, łamie i miesza dźwięki wciąż pozostając daleko od nieznośnej kakofonii, a dając nam rzecz pełną rockowo-bluesowego luzu, z lekką nutą psychodelii i drobnym posmakiem country. Co więcej, rzecz ta jest od początku do końca dopracowana i spójna jak nigdy dotąd.

Płyta daleka jest od serwowania energetycznych bomb przez cały czas trwania albumu. Bywają momenty, w których White delikatnie kołysze, zwalnia tempo, jak w cudnym Temporary Ground, w którym wokalnie udziela się także Lillie Mae Rische. Mimo tego, na całym albumie czuć wszechobecny brud i zadziorność typową dla White’a. Jego łamiący się głos w połączeniu ze świetnym muzycznym tłem przenosi nas na 45 minut do całkiem innego świata, z którego nie chce się wracać

Problem tej płyty jest jednak taki, że kto się wcześniej do geniuszu White’a nie przekonał, ten album mu w tym nie pomoże. To nie jest krążek, na którym przebój goni przebój – ta płyta raczej się ze stacjami radiowymi nie zaprzyjaźni, bo bardziej wciąga słuchacza jej niesamowity klimat aniżeli hity na miarę Seven Nation Army. Co nie znaczy, że nie ma tu fenomenalnych kawałków – tytułowy Lazaretto, instrumentalny High Ball Stepper, The Black Bat Licorice, w którym ostre rockowe brzmienie miesza się z dźwiękiem skrzypiec, a sam White niemal rapuje, czy (osobiście mój faworyt albumu) lekko psychodeliczny i budujący napięcie kawałek Would You Fight For My Love?

Odnoszę wrażenie, że już sam Jack się na wspomnianą przebojowość szczególnie nie sili. On już moc swojego geniuszu udowodnił lata temu, a kto jej nie załapał – jego strata. W końcu dziś takich gitarzystów trzeba ze świecą szukać. Mnie ponownie Jack kupił swoim geniuszem i żaden argument nie przekona mnie do tego, że rzeczywistość może być inna.

Nie ma więcej wpisów