Legenda głosi, że Yann Tiersen w wieku 13 lat połamał skrzypce, które dostał od dziadka i dołączył do zespołu punkowego. Jednak po okresie młodzieńczego buntu powrócił do pierwszego instrumentu i wyszło mu to, jak widać, na dobre. Może właśnie dlatego Tiersen z zamiłowaniem powraca do swojej przeszłości. Tak też było w przypadku La phare czyli albumu który zapewnił mu komercyjny sukces (no, może w przypadku Francji, ale część tego albumu trafiła na soundtrack do wiadomego filmu). Tytułowa Latarnia miała przypominać o latarni Créac’h znajdującej się na wyspie w pobliżu jego rodzinnego Brestu.

Nad Atlantyk Francuz powrócił jeszcze przy ścieżce dźwiękowej filmu o słynnym żeglarzu – Tabarlym, a także muzycznie nawiązywał w albumie Skyline. Tym razem na nieskończoność oceanu patrzy z innej perspektywy. Ósmy album (a jak ósemkę weźmiemy w poziom wyjdzie nam nieskończoność) zabiera nas nad brzegi klifów Islandii i Wysp Owczych.

Słuchając rozpoczynającego płytę, tyłowego Infinity doświadczamy ogromu przestrzeni, chłodu i niepokoju. Przesterowane skrzypce i dźwięki dronów płynnie wprowadzają nas do całkowitej zmiany nastroju. Slippery Stones utwierdzają w przekonaniu że znajdujemy się w magicznej kranie, gdzie szczęście spotyka się ze smutkiem, zabawkowe pianino ze dźwiękami deszczu i przeszywającej gitary. Biegamy po zapomnianych ścieżkach widząc za plecami konie i pomimo trudu życia, radość możemy odnaleźć w takich momentach. Także tutaj podkreślany jest ogrom przestrzeni, w tym wypadku za pomocą perkusji.

Główne zarzuty jakie Tiersen otrzymywał w temacie tego albumu dotyczyły powtarzalności. No bo przecież Sigur Rós czy Múm (i wiele gwiazd muzyki islandzkiej) już nam to grała. Zresztą na muzykę z tej niepowtarzalnej wyspy jest ostatnio bum i wiele gwiazd pochodzących z Islandii, dzięki tym wcześniej wymienionym robi karierę. Ale Francuz podchodzi do tego na swój własny sposób, choć słychać wyraźną powtarzalność (w końcu nagrywał z Amiina). Najlepszym tego przykładem jest Lights lub The Crossing i cieniutki flet w tle – na ilu instrumentach potrafi grać Tiersen tego nie zliczy chyba nikt – radosne głosy na pierwszym planie. Z kolei Steinn przenosi nas z jednej wyspy na drugą za pomocą matrioszkowego opowiadania najpierw mówionego w języku islandzkim, później po angielsku.

Przyznać trzeba, że jest to najbardziej przemyślana i spójna płyta w dorobku już nie młodego artysty. Mulitinstrumentalisa wciąż bawi się szeregiem dźwięków, nie jest to jednak składanka utworów jak w czasach debiutu. Ciekawa na płycie jest warstwa elektroniczna, która idealnie zlewa się z całą resztą instrumentów tworząc zamknięty obraz, bo Infinity to głównie obrazy, uczucia/odczucia i wspomnienia.

Jego powrót nad Atlantyk idealnie pokazuje jak muzycznie dojrzał, co w jego przypadku jest jednocześnie plusem i minusem. Tiersen wyznaczył sobie jakieś granice by wyrazić to co nieskończone i prawie mu się udało. Słodko-gorzka podróż czasem zachwyca czasem lekko nuży, ale jego magia wciąż działa i dlatego każdą kolejną płytę z pewnością się przesłucha. W swoim filmowo-miłosnym monologu Aidan Moffat pyta what could possibly go wrong? what could possibly go right?, a w przypadku Tiersena już nic się chyba nie zmieni. Zawsze będzie nas zachwycał i rozczarowywał jednocześnie.

Nie ma więcej wpisów