Pewność i odwaga z jakimi na arenę wkroczyła Tahliah Barnett mogą wydawać się zupełnie pretensjonalne. Tak samo zresztą jak jej – w ujęciu pewnej obowiązującej pruderyjności – swobodne wywody i dość przesadna seksualizacja. Tyle, że w swojej wymowie FKA Twigs nie ustawia się daleko za światem raperskich mokrych snów, jak i samej stylistyki miłosno-łóżkowych podbojów z gatunku R&B. Tego zresztą jest tu pod dostatkiem – gatunek ściera się ze wspomnieniem lat 90., jednocześnie eksponując potężny bas, trip-hopowe fascynacje Portishead czy niebezpiecznie połamaną rytmikę zalewającą zdecydowaną większość dopieszczonych aranżacyjnie utworów.

I tak oto LP1 prezentuje się jako album pełen sprzeczności. Hipnotyzuje gęstością i masą niebezpieczeństw ukrytych w mrokach ciężkich, barokowych kompozycji, by za chwilę potraktować klubowym hookiem (Two Weeks), dekoncentracją i łagodnością rozmytego i tulącego wokalu (Closer). Zbudowanie tak wielowymiarowych, niespokojnych kształtów pewnego muzycznego surrealizmu uderza w tony Jamesa Blake’a. A ten przecież też nie stroni od emocjonalnego rozkładania siebie na części.

Tahliah robi to jednak nieco inaczej, dopełniając kwestię brzmienia mniej subtelnymi sformułowaniami. Rozerwanie pomiędzy seksualnym pożądaniem a tłumieniem go na rzecz potrzeby akceptacji to zjawisko, które zostało już wykorzystane w stopniu równie naturalistycznym jak na tym albumie. Swoje daddy issue ukazuje Lana del Rey, w jakiejś części seksualne spowiedzi dotyczą też Gagi czy Beyonce. Wreszcie męskim odpowiednikiem w tej kwestii stają się narkotyczne opowieści The Weeknd, bo któż podobny do niego byłby w stanie tak nienachalnie dostarczyć kwestię: I can fuck you better than her? FKA Twigs.

Epatowanie niezaspokojeniem myśli i ciała – dla wielu pewnie wyraźnie patologicznym – działa jednak głównie z powodu sposobu jego przedstawienia. Barnett idzie w dualizm łagodności swojej postaci, niezwykle czystego śpiewu, który ujmuje zarówno zmysłowością szeptu jak i emocjonalnym drżeniem, a jednocześnie dostarcza nieobyczajnych pragnień – a te bez najmniejszego zastanowienia bierzemy za swoje.

A jednak to wciąż nie wydaje się sprawką niecodziennego hype’u, poruszenia zapoczątkowanego utworem Water Me i niecierpliwym odliczaniem do debiutanckiego albumu. Skupienie zmysłów odbiorców w punkcie centralnym pełnym niecodziennych estetycznych wrażeń mogło przecież przynieść pewien przesyt, a oczekiwania tłumów rozminięcie się z wizją samej wokalistki. FKA Twigs zdołała jednak udźwignąć narzucony przez siebie ciężar. Pomimo masy producentów, którzy przy takich albumach stają się normą, FKA utrzymuje swoje status quo, nie sprawiając by podejście innych twórców wpłynęło na ostateczny wynik jej pracy. LP1 jest więc zwycięstwem spójności konceptu, wyrazistości i ekscytujących doznań. Jest własciwe tym, czego można było oczekiwać. I staje się jednym z najciekawszych tegorocznych albumów, nawet jeśli ta recenzencka dziewiątka jest trochę na wyrost.

Nie ma więcej wpisów