Dokładnie przypominam sobie grudniowy katowicki koncert Sorry Boys. I to właściwie nie dlatego, że pozostawił we mnie żarzące wpomnienie jakiegoś wielkiego muzycznego doznania, a dlatego, że moje uczucia względem tamtego wieczoru ciągle się zmieniają. Z jednej strony zespół dał się poznać lepiej, a rockowa werwa podkreśliła ich wyrazistość, z drugiej – brak pełnego instrumentarium nie działał najlepiej. A jednak otwierający występ dziewiątej edycji Tauron Nowa Muzyka to kolejne – po studyjnym i typowo koncertowym –  nieco inne podejście do Sorry Boys. I tym razem wyjątkowo udane.

Sprzyjało temu miejsce. Nieco bardziej poszerzona w stosunku do stage’u klubowego przestrzeń dawała wyraźne pole do popisów i swobody, którą wykorzystała Bela Komoszyńska. Podkreślane już w kilku innych relacjach porównanie do postawy Karen O było po raz kolejny uzasadnione – potwierdziło to energetyczne wykonanie coveru „Ain’t No Grave”. Zresztą Sorry Boys nie szczędzili mocy jaką przyjęły kolejne wykony bliskie nawet zgrzytom riffów Sonic Youth. Motoryczność perkusji i przeszywające syntezatorowym posmakiem dźwięki rozchodziły się w przestrzeni z odpowiednią precyzją. Solidnie wybrzmiało więc „This New World” a „Leaving Warsaw”, choć w zamierzeniu miłosne, oddziaływało nieco złowrogo.

Rozpoczęcie występu od pochwalnej pieśni, która chwilę później przerodziła się w „Evolution” było zasługą Soul Connection Gospel Group. Sam zespół pojawił się także w drugiej części koncertu, który przyniósł kilka nowych słuchowych wrażeń. Przede wszystkim muzyka Sorry Boys, dzięki chóralnemu wzbogaceniu i lekkim aranżacyjnym przetasowaniom nabrała wyraźniejszego przekazu. Ciekawiej zabrzmiało klawiszowe „Back To Piano”, a „The Sun” nabrało soulowej barwy. Natchnione bębny „Vulcano” i przewodzenie świetnemu chórowi nadawało Komoszyńskiej flow Florence Welch a z samego występu podczas tego, jak i końcowego utworu, można by stworzyć całkiem dobry klip. „Phoenix”, jak zwykle zostawione na wielki finał, spełniło oczekiwania bardziej niż ostatnio. Pomimo braku oryginalnego saksonowego wtrącenia, niemalże wojownicze wstawki o powstaniu tytułowego tworu były swoistą wisienką na torcie.

Podejrzewam jednak, że większość tych, którzy zjawili się w dość niecodziennym jak na koncertowy terenie oczekiwało przede wszystkim gwiazdy zagranicznej. Być może to dobrze, bo tak naprawdę nie licząc na tak dobry popis ze strony warszawiaków, otrzymaliśmy spore zaskoczenie. Ogromna przestrzeń Kościoła Świętych Apostołów Piotra i Pawła, prócz naprawdę dobrej akustyki i klimatu, miała jednak zasadniczą wadę – kościelne ławy ograniczające ruch. Ten problem pojawił się na dobre przy występie SOHN, który pod koniec swojego setu poprosił wszystkich o powstanie, by na dobre zacząć zabawę i utrzymać ją przez resztę dni imprezy.

Zakapturzony Christopher Taylor i jego pomocnicy zjawili się w zupełnym mroku, który przez kolejną godzinę pojawiał się tylko na kilka chwil. Bo, czego by tu nie mówić o samym występie od strony muzycznej, tak oprawa wizualna budowała pewien nastrój. Migotliwe lampy i kolorowa mozaika świateł, która padała na rzeźby, krzyże i wszelką architekturę działa pewnie lepiej niż w niejednym scenicznym kącie. Jednak sam spektakl świateł i mroku nie współgrał tak dobrze z tym, co SOHN miał do zaoferowania. Choć trudno z całym przekonaniem stwierdzić, że była to tylko pożywka dla oczu.

Syntezatorowe rozpływanie się w mrocznych, nieco depresyjnych stanach jego R&B dostaliśmy już od pierwszego utworu, a im dalej, tym  atmosfera zaczęła się nieco rozrzedzać, wpuszczając taneczną energetykę. Ożywienie przyszło więc wraz z solidną dawką najbardziej rozpoznawalnych utworów z repertuaru. Wspomniana wcześniej prośba nastała przy „Artifice”, a melodyjna moc działa poprzez kolejne elementy, takie jak choćby „Lessons”. Podobny rozruch wzbudził wpleciony na początku „Tremors”, który rozbudził nieco senną atmosferę.

Wykorzystywany kilkukrotnie autotune nadawał nieco więcej polotu miejscami beznamiętnemu wokalowi Taylora, który choć wczuwał się w nadaną przez wielu rolę muzycznego hipnotyzera, nie oddziaływał w sposób większy, niż na swoim co najwyżej przyzwoitym albumowym debiucie. O ile więc takie „Warnings” nie poruszało, tak „Veto” czy rozszerzona sekwencja klawiszy „Oscillate” sprawiały radość. Największe poruszenie wywołało jednak zupełnie odległe od studyjnej wersji, pół-akustyczne i zaśpiewane częściowo bez akompaniamentu „Tempest”. Dla tego jednego utworu, tak wyrazistej i emocjonalnej chwili, która mogła sprawić słuchaczom ciarki, warto było się tu zjawić. Nawet jeśli cała reszta występu nie miała w sobie tego magnetyzmu.

Podsumowaniem całego występu Taylora mogłaby być wypowiedź, którą zawarł gdzieś na początku swojego występu – Chet bardzo przeprasza, że nie mógł tutaj być. I w całym tym zamieszaniu nie można nie myśleć przez chwilę o tym jak to właśnie Chet Faker wybrzmiałby w tym miejscu o tej porze. To jednak nie do końca tak, że cały odbiór postaci i prezentacji SOHN traktować należało przez porównanie do Australijczyka. Zapewne dla wielu był on dostatecznym wynagrodzeniem, dla innych tylko muzyczną ciekawostką, której sprawdzenie w warunkach na żywo nie spowodowało wielkich zmian w jego postrzeganiu. Ja należę chyba do tej drugiej grupy.

Nie ma więcej wpisów