Wrocławska scena po czterech latach znowu wrze za sprawą powrotu kolektywu Digit All Love. Na rynku pojawiła się trzecia płyta Augusta. Drapieżna, arogancka mieszanka ze spotkania Marie Antoinette z Mozartem na wersalskich podziemnych salonach. Muzyka okraszona industrialnym, pochłaniającym bitem, który sprawia, że mamy okazje przenieść się w dalekie lata brudnego renesansu.

Poprzednie albumy emanowały ciepłym głosem Natalii Grosiak, co pozwalało nam odpływać na dalekie wody. Tym razem połączenie Joanny Piwowar-Antosiewicz i Macieja Zakrzewskiego, autorki tekstów i autora kompozycji, sprawiają że ze spokojnego morza zrobił się sztorm. Piękne wstawki skrzypiec czy pianina pozwalają odetchnąć od podroży w ciemność. Poczuć lodowate powietrze, ciężkie oddechy, drgania.

Z każdym odczytem płyty występuje 9 rozdziałów rozlewającej się sierpniowej trwogi. Album otwiera „Neon Book”, utwór ilustracyjny z zaproszeniem do świata pary kochanków. Miejscami przypomina to spotkania Massive Attack z Tricky, którzy potrafili stworzyć podobnie ciężki wokalno-muzyczny klimat. „Kingdom of Traps” przynosi wrażenie Depeche Mode („Walking in My Shoes”) czy Björk („Human Behaviour”) – pewnych standardów muzyki elektronicznej w latach 90-tych, tyle, że podanych w nieco ostrzejszej i mroczniejszej formie.

W „Lick Your Enemy Right” mamy skrzypce potęgujące przepiękne zgranie wokalne połamanego bitu wchłanialnego w dusze wokalisty, uwalniającego swoją wrażliwość. Z kolei „Will You Dare” aranżacyjnie przypomina tło filmów science fiction. Uderzenie basów to odczuwanie bólu zaznanego przez pragnącą wolności kobietę. Akord pianina oddaje spokój, następnie ponowne zbieranie sił na opowiedzenie historii do końca. Idealny utwór na ścieżkę dźwiękową do filmu.

Ale jest też parę lżejszych momentów, które przynoszą zróżnicowanie. Rytmiczny „Percival” to składnia do większego, niemal tanecznego ruchu. Kawałek „Mono” to rozbudowany utwór w języku polskim, który daje nam możliwość spokojnego przyzwyczajenia się do budowanego w napięciu zakończenia.

„Augusta” daje nam też możliwość zrozumienia kobiecej siły. Przedstawia opowieści o miłości i zdradzie, dawce feminizmu czy szowinizmu. Jest konkluzją walki o byt we współczesnym świecie. W tym wszystkim wokal Antosiewicz przynosi ukojenie, łagodzi szczyptę pikantności wspomnienia bristolskiego trip hopu. Przywołanie kolejnych zespołów pokroju Lamb czy Visage jest tu na miejscu. I tak jak w wielu podobnych przypadkach, doświadczamy tu damsko-męskiego ścierania się osobowości, pewną walkę ale i ewolucję uczuć. Mimo pewnych powtórzeń to jednak kolejny dobry projekt, do którego będę wracać w nadchodzące jesienne wieczory.

Nie ma więcej wpisów