Pierwszego dnia to najpewniej The Field spolaryzował publiczność, która podzieliła się na tą szybko scenę LittleBig opuszczającą, jak i tych, która w transie setu tajemniczego muzyka pozostała od pierwszego do ostatniego dźwięku. Zaliczam się do tej drugiej kategorii, bo choć jestem w stanie wyobrazić sobie pewne odrzucenie monotonią kolejno powtarzanych warstw jego wystąpienia, to ten sam aspekt przywodził nas do kompletnego się w nim zatracenia. Show Willnera przyciągało powoli wtłaczającym się w głowy dźwiękiem, który wymuszał pragnienie kolejnych. A te przedstawiały się wspaniale, gdy kolejne przejścia nie burzyły budowanej struktury napięcia i intensywności doznań. Mam jednak nieodparte wrażenie, że równie dobrze, jeśli nie lepiej, występ ten działałby w godzinach późniejszych niż o godzinie dwudziestej, czyli swoistym początku piątkowego zestawu wrażeń.
(Marek Cichoń)

Muzyka, którą proponuje The Field wymaga głębokiego zanurzenia by ją docenić. Pod powierzchnią monotonnych dźwięków kryje się bowiem wiele skarbów. Gdy pulsujący rytm ogarnia wszystkie zmysły każda zmiana tempa i tonu dodaje dodatkowych wrażeń. Owszem nie cały czas utrzymywało się najwyższe napięcie, ale zdarzyło się kilka momentów wybitnych. Koniec końców po godzinie wcale nie chciało mi się spod sceny uciekać.

LittleBig Agency świętowała w piątek 10-lecie istnienia, a scenę poświęconą temu wydarzeniu otwierał Amerykanin Cakes Da Killah. Mimo wczesnej pory został entuzjastycznie przywitany przez zgromadzoną grupkę osób. Po pierwsze: sto punktów za wizerunek, bo jednak kolorowo odzianych panów, odzierających hip-hop z nadmiaru testosteronu nie jest zbyt dużo. Rapujący z charakterystyczną manierą artysta zdołał wszystkich rozruszać i rozbawić, a wspólne z nim tańce pod sceną stanowiły świetne podsumowanie. Po tym występie wiem jedno – Cakes Da Killah nie da się nie lubić.

Jednak bomba wieczoru czekała na wszystkich na LittleBig Stage gdzie po 22 pojawił się Nozinja, pokazujący Shangaan Electro prosto z Afryki Południowej. Połączenie klawiszy, marimby i to zawrotne tempo przy którym stopy praktycznie nie dotykają powierzchni ziemi okazało się prawdziwym przebojem. Takiej energii i radości na scenie i w tłumie nie widziałam dawno. Nozinja w towarzystwie dwójki tancerzy (wszyscy w trójkę nie wyglądali jak postacie z okładek) potrafił pokazać jak wygląda dobra zabawa bez kompleksów. Kolorowe ciuchy, kolorowe światła i zimna noc została zalana afrykańskim szaleństwem. Jeżeli tak ma wyglądać rozwój muzyki tanecznej, to ja już dziś daję się jej porwać.
(Katarzyna Kowalik)

Dla mnie, osoby niemal w ogóle nie zaznajomionej z dokonaniami zespołu, zaskoczeniem okazało się WhoMadeWho, których intensywne, mocne brzmienie przeszywało zgromadzoną na Main Stage’u publikę. Oczywistym była natomiast postawa samych Duńczyków, którzy nie stronili od swawolnych ruchów, scenicznych wygłupów i braku jakichkolwiek obaw przy styczności z podekscytowana publicznością. Cyrkulacja radości była więc widoczna, tak jak zauważalne było dokładnie wykrojone gitarowe show, którego nie powstydziliby się chociażby koledzy z Franz Ferdinand (do których zresztą w kilku aspektach WMW jest porównywane). To z pewnością nie był występ życia ani dla muzyków, ani w oczach zgromadzonych. Ale dla kogoś, kto liczył na godne spędzenie czasu, grupa spełniła swoje zadanie. Tylko i aż tyle.

Tauron postanowił też przywołać ducha dawnego, najlepszego dla trip hopu i dźwięków pokrewnych okresu, bo jak inaczej nazwać pojawienie się na scenie jednej z ważniejszych dla tego gatunku postaci, która powróciła po latach przerwy od muzycznej działalności. A jednak Neneh Cherry nie wyglądała tego wieczoru ani na zastałą swoją niedawną emeryturą, trudno też było w ogóle oceniać ją pod względem wieku, bo nic na jej życiowy staż nie wskazywało. Neneh była bowiem synonimem energii, młodzieńczego rozochocenia i ogólnie pojmowanej radości, którą przelewała dzięki swoim pojawiającym się co chwila szczerym uśmiechom. Doskonale widoczną, charakteryzującą się dość letnim pomarańczowym strojem wokalistkę ciężko też było posądzać o jakiekolwiek przejęcie się panującym na zewnątrz chłodem i zmęczeniem. Wraz z duetem RocketNumberNine i ich dziełem Blank Project Cherry przyniosła dawkę niespokojnej rytmiki złożonej z mocnego basu potęgi wokalu i uzewnętrzniła swój sceniczny temperament, którym porwała od niemal samego początku.

A wracając do tematu wibracji lat 90-tych – godzinę wcześniej na scenie Red Bulla swoje utwory (i liczne monologi z życia) prezentowała Kelela, do której obserwacji Neneh Cherry się przyznała.
(Marek Cichoń)

TFNM
Grająca na Red Bull Stage Kelela udowodniła przede wszystkim, że ma kawał głosu. Miło było usłyszeć na tle elektronicznych podkładów wokalistkę, którą człowiek jest w stanie docenić (tak, wciąż mam złe wspomnienia po przepuszczonym przez miliony filtrów głosie Banks na tegorocznym Open’erze). Między kolejnymi utworami Kelela nie szczędziła opowieści o sobie, tak że publika zdołała się dowiedzieć, że jeszcze 1,5 roku temu artystka prowadziła szkolenia z telemarketingu, a dzisiaj wiedzie szczęśliwsze życie, tworząc muzykę. Wracając jednak do sedna, energiczne kompozycje i niezłe wyczucie sceny zagwarantowały dobry występ, co każe tym lepiej wróżyć Amerykance na przyszłość.

Po emanującej młodzieńczą energię Nenneh Cherry (rocznik ’64!) i gitarowo nonszalanckimi WhoMadeWho czmychnęłam z powrotem na LittleBig Stage, by zobaczyć czym popisze się Clark. Londyńczyk to klasa sama w sobie, na zagorzali fani Nowej Muzyki z pewnością pamiętają jeszcze jego występ z cieszyńskiej edycji, nie mówiąc o tym sprzed dwóch lat. O godzinie drugiej w nocy otrzymaliśmy kwintesencję elektronicznego brzmienia, gdzie basy potrafią trząść całym człowiekiem, a surowość wykonania przeplata się w pewnych momentach nawet z melodyjnością. Nie muszę chyba wspominać, że „Growls Garden” na żywo to pozycja obowiązkowa każdego miłośnika gatunku. Mimo tego, seria pogmatwanych dźwięków układała się dla mnie sinusoidalnie, od zachwytów do zbytniego przytłoczenia czy wręcz irytacji, pozostawiając mnie w stanie wewnętrznego konfliktu. Zdaje się, że byłam jednak w mniejszości patrząc na rozentuzjazmowaną publiczność.
(Katarzyna Kowalik)

To co lubię najbardziej na Tauronie to kultura (ludzi, występów), różnorodność muzyczna i fakt, że bez względu jakim stylem muzycznym odznaczał się będzie dany artysta, zawsze spotka go niezwykle gorące przyjęcie. Dowodem na to jest obecność na tej samej scenie formacji tak różnych od siebie, jak Eliphant, WhoMadeWho, czy Jaga Jazzist. Zwłaszcza ten ostatni skład, który tak przecież odbiega od popularnej i dobrze wchodzącej wszystkim stylistyki (nie pokazując palcem, mówię tutaj o szeroko pojętym nurcie indie, który zdążył już zatracić swój niezależny i nonkonformistyczny sznyt), podczas piątkowego wieczoru ze skupieniem słuchało wielu. Stojąc tam i eksplorując uszami i oczami ogromu tej instrumentalnej różnorodności zdałam sobie sprawę, iż czuję niedosyt –  żywych dźwięków, nie do końca idealnej trąbki, czy kontrabasu, niedosyt nieobrobionego dźwięku, który obecnie zatracamy. Chyba dlatego podczas godzinnego występu Jaga Jazzist tak wiele osób stało i ze skupieniem wsłuchiwało się w tą muzykę, by następnie obdarzyć artystów gorącymi oklaskami. Koncert Jaga Jazzista i Pink Freud oraz występ zeszłorocznej orkiestry reprezentującej wytwórnię Kompakt to dowód na to, że muzyka wymagająca, muzyka jazzowa czy instrumentalna nadal – a może właśnie teraz – cieszy się sporą popularnością. Oby coraz więcej tego typu występów na festiwalach.
(Iwona Karczewska)

Nieco do zaoferowania miały też dwie pomniejsze sceny, które dalekie były od zapomnienia przez publikę. Ulokowana przy Showcase Stage strefa leżakowa sprzyjała odetchnięciu w klimacie sygnowanym znakiem jakości U Know Me Records. I chociaż zapewne niewiele krążących po miasteczku festiwalowym osób było skłonnych porzucić cierpliwe oczekiwania w kolejkach po jedzenie czy kolejne światowej sławy nazwiska pozostałych scen, tak ta scena nie narzekała na brak zainteresowania. Dowodziły tego chociażby wieczorny set kontuzjowanego Mr. Krime i nocna impreza rozkręcana przez Buszkersa, który intensywnie pracował nad odpowiednimi zachowaniami publiki. A ta, przy jego zróżnicowanym i energetycznym zestawie, raczej nie w głowie miała odpoczynek.
(Marek Cichoń)

Nie ma więcej wpisów