Na ten występ czekałam odkąd na rynku ukazał się debiutancki album Maurycego Zimmermanna. Niestety wcześniej nie było mi dane widzieć artystę na żywo, więc praktycznie biegiem podążałam na jego występ na Wigwam Stage. Emocje podgrzewała też grupa innych festiwalowiczów, którzy wtórowali mi tempem, byleby nie stracić zbyt dużo z godzinnego show. No i co? Trzeba przyznać, że Mooryc miał całkiem wyrozumiałą publiczność, która na każdy z kawałków reagowała niezwykle entuzjastycznie. Moe podekscytowanie wzrosło kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki Jupitera uzupełnione o głos Maurycego. Pierwsze kilka minut radości, a potem lekki niedosyt i tak z każdym kolejnym utworem.

Zimmermann według mnie to wręcz wirtuoz w swoim gatunku. Było to słychać i widać (jego skupiony wyraz twarzy podczas każdego kawałka). To jak budował atmosferę, jak łączył dźwięki, wszystko było na najwyższym poziomie. Jednakże, jak na godzinne show, artysta rozkręcał się zbyt wolno. Brakowało mi w tym emocji – całej ferii emocji – które pozwoliłyby wejść w ten występ w 100%. Było to zupełnie odwrotne zaskoczenie, do tego, które spotkało mnie podczas występu WhoMadeWho. Po spokojnej płycie duńskiego trio, równie spokojnej atmosfery spodziewałam się na festiwalu, ale panowie postanowili zaskoczyć słuchaczy przekazując wszystkim abstrakcyjne poczucie humoru i energię zupełnie niepodobną do skandynawskiego temperamentu. Tymczasem Mooryc zgubił gdzieś swoją ikrę zamieniając ją w bezpieczne brzmienie. Taki występ większe wrażenie zrobiłby w lokacji z pierwszego dnia festiwalu – kościele, gdzie akustyka zdecydowanie pomagałaby w budowaniu warstwy emocjonalnej.
(Iwona Karczewska)

Wypoczynkowa strefa wyciszenia ulokowana w podziemnym poziomie Carbon Atlantis cieszyła się całkiem dużym zainteresowaniem. Wielkie masy ludzi krążący z góry na dół i z powrotem na powierzchnie, nawet jeśli przybywały tylko na parę minut, z pewnością doświadczyły skrawka muzycznej odmienności, która dość ciekawie – nawet przy paru nietrafionych strzałach – wpisywała się w architektoniczną całość. Bardzo dobrze wybrzmiał tam Piotr Kurek, którego niecodzienne skupienie na konsolecie prowadziło do pewnego oczyszczenia. Hipnotycznie brzmiały kolejne pasaże i dźwiękowe migawki, które wyciszały, skutecznie uspokajały myśli. Dopełniające wszystko minimalistyczne projekcje koiły zainfekowane piwem i energetykami ciało. Zdecydowanie dobrze spędzone pięćdziesiąt minut.

Poniekąd dziwiło ugoszczenie w tej przestrzeni Polonezów Marcina Maseckiego, którzy ze strefy relaksu stworzyli coś przeciwnego. Psychodeliczny posmak orkiestrowej awangardy brzmiał często zbyt agresywnie, by można było się tym odpoczynkiem delektować.
W tej kwestii o wiele ciekawiej spisała się sekcja dęta zespołu Nervy goszczącego w tym czasie kilkanaście metrów dalej. Mogę tylko żałować nie pojawienia się na Wigwam Stage wcześniej, bo końcowe dźwięki występu zwiększyły apetyt na więcej.
(Marek Cichoń)

Na Wigwam Stage o godzinie 22:00 emocje rozpalały Nervy, czyli projekt Igora Boxxa, Agim Dzeljilji i Jana Emila Młynarskiego. Najwyraźniej ta godzina i to miejsce zostały jakoś naznaczone, bo tak jak szaleństwo rozpętał Nozinja dzień wcześniej, tym razem polski skład prezentował coś czego moje oczy jeszcze nie widziały. Posiekane elektroniczne brzmienie z mocną perkusją i wspaniałą sekcją dętą (pan tuba!) stworzyły muzyczny rolllercoaster wciągając publiczność w jazdę bez trzymanki. O taką właśnie energię chodzi w koncertach na żywo.

A skoro festiwal odbywa się na terenie kopalni warto zerknąć pod ziemię. W przestrzeni Carbon Atlantis naprawdę dało się zagubić i zgodnie z intencjami autorów puste białe przestrzenie wyobraźnia od razu zapełniała przedmiotami. Przyjemnie było przysiąść i zanurzyć się w dźwięki proponowane przez Lutto Lento i Starą Rzekę podziwiając wizualizacje przemykające przez sufit i ściany. Zwłaszcza ten drugi projekt, czyli Kuba Ziołek wpasował się idealnie w zamysł przestrzeni łącząc naturalne, gitarowe brzmienie z twardą miejscami elektroniką.

Koncerty na scenie głównej rozpoczęło o godzinie 20 brytyjskie trio Years&Years, w koncertowym składzie uzupełnione o perkusistę. Panowie dali krótki, ale intensywny pokaz swoich możliwości prezentując jak powinien wyglądać niezobowiązujący electropop. Ich wyróżnikiem jest z pewnością fantastyczny wokal, który prezentuje frontman Olly Alexander i niezwykła swoboda z jaką porusza się po scenie. Cała trójka była niezwykle zaskoczona niezwykle ciepłym przyjęciem polskiej publiczności i koniec końców dostarczyła ponad czterdzieści minut świetnej zabawy. Moja wewnętrzna nastolatka została usatysfakcjonowana.
(Katarzyna Kowalik)

Muzeum Śląskie /  fot. Radoslaw Kazmierczak

Podczas swoich kilku pochwalnych wypowiedzi ze sceny, Olly Alexander nie ukrywał swojej radości ze zbliżającego się koncertu Kelis. Podobnie mieli chyba wszyscy, którzy przybyli do Katowic głównie ze względu na Rogers. Bo co tu się rozwodzić – podobnie jak dzień wcześniej Neneh Cherry, Kelis wie jak zgromadzić publiczność, nawiązać z nią kontakt i zadowolić swoim występem. Od pierwszych dźwięków wytworzyła atmosferę do swobodnego bujania, pobudziła kilkoma ważniejszymi momentami – jak wykonaniem na początku Trick Me – i oczarowała popowo-funkowym wdziękiem. Zgrabna całość była idealnie skrojonym, solidnym pokazem umiejętności wokalnych, gdzie oprócz promowanego właśnie albumu Food, znalazło się miejsce na dokonania wcześniejsze. Kto więc nie przybył po zbyt oczywiste best of, a raczej po to, aby oderwać się nieco od deszczowego krajobrazu, powinien czuć prawdziwą radość z tego wydarzenia. A to, że Kelis nie była tego wieczoru zwierzęciem scenicznym zrzućmy na założone przez nią szpilki.
(Marek Cichoń)

Kelis ma świetny głos i zgrabne nogi – tyle dowiedziałam się z sobotniego koncertu. Nie jestem ani zachwycona, ani rozczarowana. Przyjemnie się słuchało, ale porównując do innych atrakcji festiwalu zabrakło jej tego czegoś, co utrzymałoby ją w mojej pamięci na dłużej (pomijając może kolor sukienki). Miło było usłyszeć Trick Me i wrócić wspomnieniami do czasów podstawówki, bronił się także świeży materiał z krążka Food. Do pobujania i zapomnienia.

O Elliphant natomiast można mówić różnie, ale zdecydowanie ma niezwykłą charyzmę. Rządzi na scenie, a publiczność instynktownie podejmuje rolę wiernego, pokrzykującego z podziwem ludu. Klasyczne motywy wyciągania ludzi na scenę, proste komunikaty utrzymywały interaktywność występu i oprócz bujania się i skakania, można się było autentycznie pośmiać. Ciekawy i bardzo wciągający to rodzaj spektaklu.
(Katarzyna Kowalik)

W związku z wcześniejszym występem na tej samej scenie Elliphant, można więc było powiedzieć, że Kelis okazała się wyjątkowo nudna. Trudno jednak porównywać obie wokalistki, ich specyfikę i stylistykę. Szwedka od początku wzbudziła zainteresowanie, a swoim agresywnym imidżem i energetycznym wyrzucaniem z siebie kolejnych słów z pewnością publikę rozgrzała. O ile kogoś naprawdę podniecało wielokrotnie powtarzane ze sceny bitch i zapowiedź wielkiej chęci na pieprzenie się ze zgromadzonym tłumem. Ci którzy bez wątpliwości podchwycili jej osobowościowy przekaz vagina power mogli więc czuć się usatysfakcjonowani. Ale moja krew nie przemieściła się jednak w odpowiedni do tego organ.

Wybór pomiędzy sceną Red Bulla oraz Wigwam Stage był dość trudny, bo w jednym czasie swoje popisy dawali Kölsch jak i Skalpel. I zapewne gdyby nie ciekawość brzmienia Simple na żywo, podsycona pojawieniem się obok DJ-skiego duetu Joanny Dudy i Jana Emila Młynarskiego, zawitałbym na pokazie Duńczyka. A ten, jak zdołałem się dowiedzieć, można było podsumować swoistą Tauronową Odyseją Kosmiczną A.D. 2014.

Trudno mi więc nie żałować nieco swojej decyzji, tym bardziej, że set Skalpela pozostawił mnie umiarkowanie zadowolonego. Podobne odczucia miała pewnie część osób, która co chwila ulatniała się z koncertu. Chyba, że całe to zamieszanie można zrzucić na niesprzyjającą aurę, która zmusiła wielu do skrycia się pod szczelnym dachem sceny. Jaki jednak nie byłby powód tych roszad, ja także w pewnym momencie myślałem o znalezieniu się w zupełnie innym miejscu. I nie dlatego, że show Cichego i Pudło nie zasłużył na obecność tam, bo co by dużo nie mówić – marka Skalpel przyciąga za każdym razem, niezależnie od ilości spędzonych na ich muzyce godzin. Nie było więc zaskoczeń, gdy jazzowe wstawki rozbudzały nieco zmęczone już nogi. Problemem mógł się okazać brak odpowiedniego skupienia, po części spowodowany taką a nie inną porą występu. Klawiszowo-perkusyjne poczynania zaproszonych gości, którzy wplątywali swoje połamane instrumentalne wstawki burzyła dobrze znany z albumowych wersji flow. Nie był to żaden powód do narzekań, bo takie eksperymentalne podrygi miały swój urok. Z drugiej strony trudno było nie chcieć usłyszeć ponownie każdego pamiętnego dźwięku w ten sam sposób, do jakiego zostaliśmy przyzwyczajeni i które doskonale się zna. To więc nie przytyk czy nagana, a pewne rozminięcie się z ideą – zapewne z mojej winy. Kto jednak przez chwilę nie pomyślał podobnie, niech pierwszy rzuci kamień.
(Marek Cichoń)

O Elekfantz usłyszałam na parę miesięcy przed samą imprezą. I niezwykle ucieszył mnie fakt, że panowie na swoim koncie mają póki co tylko jeden album – oznacza to, że jeszcze nie dużo mnie ominęło! A tego bardzo bym nie chciała. Płyta Dark Tales & Love Songs to zdecydowanie moja stylistyka. Po dodaniu do tego jeszcze miejsca pochodzenia formacji (Brazylia) czuję w kościach, że będzie to długi i gorący romans – mój z Danielem KuhnenemLeo Piovezanim. Po ich występie dochodzę do wniosku, że w swojej ocenie zupełnie się nie myliłam. Panowie dali jeden z lepszych show całego festiwalu. Dowodem była frekwencja – z każdą minutą pod namiotem Red Bulla zbierało się coraz więcej widzów skuszonych energią, jaka biła ze sceny. Panowie idealnie czuli się za dekami i pomimo, że kawałki odgrywali książkowo, było to dokładnie to, na co ich fani liczyli. Dodając do swojego występu jeszcze dwa covery ekipa z Brazylii zebrał naprawdę spory aplauz, który mógłby tak trwać jeszcze trochę, gdyby nie timetable. Czekam na ich kolejny występ w Polsce, bo mam nadzieję, że nie pozwolą na siebie długo czekać.
(Iwona Karczewska)

Nie ma więcej wpisów