Nie wiem, czy można wyobrazić sobie lepsze zwieńczenie tegorocznej edycji Taurona Nowej Muzyki niż koncert zamknięcia, w czasie którego wystąpił Nils Frahm – pochodzący z Berlina twórca, umiejętnie balansujący między współczesną muzyką instrumentalną a rozmaitymi odmianami elektroniki, począwszy od ambientu, poprzez dub, a skończywszy na brzmieniach drone.

Organizatorzy każdej edycji katowickiej Nowej Muzyki starannie wybierają lokalizację koncertów otwierających i zamykających festiwal, tak by były one niezapomniane nie tylko ze względu na występujących w tym czasie świetnych artystów, ale również niebanalne miejsca. Była więc zarówno industrialna Galeria Szyb Wilson, jak i XIX-wieczne urokliwe kościoły (Ewangelicki oraz św. Apostołów Piotra i Pawła), a w tym roku przeniesiono nas do znajdującej się na obrzeżach miasta dawnej Fabryki Porcelany, która, choć przez wiele lat służyła produkcji serwisów oraz zastaw stołowych, to na dzień dzisiejszy jest całkowicie nieczynna. Dość duże wrażenie robi przestrzeń obfitująca w cenne obiekty architektury poprzemysłowej takie jak piecownie czy malarnie, choć prawdę mówiąc bałabym się przebywać na jej terenie sama w nocy ze względu na nieco ponurą i złowrogą scenerię. By dojść do właściwego miejsca koncertu należało wspiąć się przez trzy piętra bardzo starego budynku i koniec końców znaleźć się w pogrążonej w mroku sali wypełnionej po brzegi oczekującym tłumem.

Kilka minut po dwudziestej na scenie pojawił się niepostrzeżenie Nils, który swoim miękkim kojącym głosem przywitał się ze słuchaczami i zaraz potem zaczął dowcipnie ostrzegać, że budynek w każdej chwili może zawalić się, gdyby grał za dużo basu. Z miejsca zjednało to przychylność publiczności, która na słowa artysty reagowała bardzo żywo i pewnie podobnie jak ja nie spodziewała się, że introwertyczny pianista jest w stanie też wywoływać w odbiorcach salwy śmiechu i zachować w tym wszystkim umiar oraz nie psuć podniosłego nastroju występu. Ponad osobowością muzyka wznosił się naturalnie jego niepodważalny talent, który pozwolił mu zaprezentować na trzech fortepianach i konsoli szalenie bogatą gamę dźwięków balansujących między współczesną klasyką, a skrupulatnie rozwijanymi i częściowo improwizowanymi partiami z pogranicza dronów i ambientu.

Jakimś cudem czas się dla mnie zatrzymał, a wokół wytworzyła się owa wyjątkowa tytułowa intymna przestrzeń, gdzie każdy swobodnie mógł poddać się kontemplacji wszystkich rozterek, trosk i nadziei, których wspomnienie stopniowo przynosiła jego muzyka – surowa, dynamiczna i krucha. Niesamowite, w jaki sposób dźwięki były w stanie całkowicie sterować emocjami, wywołując jednocześnie przytłaczający smutek i podnoszącą na duchu radość, niosąc za sobą jednocześnie oczyszczające katharsis oraz niepodrabiane boleśnie piękne doznanie. Tak łatwo było zatracić się w częściowo improwizowanych melancholijnych kompozycjach pochodzących z ostatniego koncertowego albumu artysty „Spaces”, przybierających na intensywności i wwiercąjych się z każdą minutą coraz bardziej w głowę. Nie zabrakło oczywiście pięknego utworu „Says” zaczynającego się od delikatnych ukłuć klawiszy fortepianu, a kończącego rozbudowanymi syntezatorowymi pętlami. Wszystko, co wydarzyło się w czasie występu Nilsa Frahma zdawało się być skrzętnie zaplanowane, idealnie wyważone, spójne przy jednoczesnym niesłabnącym przekonaniu o nieskończoności oraz elastyczności prezentowanych brzmień.

Jedno jest pewne: koncert Nilsa Frahma w katowickiej Fabryce Porcelany to niezaprzeczalnie jeden z właśnie tych koncertów, które pamięta i wspomina się przez lata, które przeżywać by się chciało ciągle na nowo oraz które niezależnie od upływu czasu wywołują w człowieku nadal mocne wzruszenie i dużo silnych emocji. Przy takiej muzyce mogłabym się zestarzeć.

Nie ma więcej wpisów