Hatti Vatti to projekt pochodzącego z Gdańska producenta i DJ-a – Piotra Kalińskiego, który w swoich utworach nowatorsko łączy muzykę techniczną wraz z minimalistycznymi dźwiękami dubowymi. Na jego ostatnim albumie zatytułowanym „Worship Nothing” wokalnie udziela się obdarzona przepiękną barwą głosu Lady Katee, z którą artysta na co dzień współpracuje, jak również występuje na żywo. Z Piotrem i Kasią mieliśmy okazję porozmawiać tuż przed ich występem podczas tegorocznej edycji festiwalu Audioriver w Płocku.

O basie mówi się, że musi łamać żebra. Co z dubem – dlaczego akurat on stał się tą muzyką, która ukształtowała projekt Hatti Vatti?
Piotr: Jako producent od zawsze interesowałem się karaibskim dubem z lat 70. i w związku z tym bardzo dużo go słuchałem, analizując sposób realizacji – użycie pogłosów sprężynowych czy taśmowych ech. Duże wrażenie niezmiennie robi na mnie kwintesencja dubu: rama z wyjątkowo potężnego basu i mocnych brzmień perkusyjnych, reszta instrumentów w tle oraz pocięte partie wokale. Tak naprawdę cała muzyka basowa bezpośrednio wypływa od dubu, który jest dla mnie nie tyle gatunkiem muzycznym, ale właśnie sposobem realizacji dźwięku. Swoją drogą to ciekawe, że karaibska muzyka ludowa przetworzona przez maszyny zrobiła taką karierę. Przygodę z jamajskim dubem w latach siedemdziesiątych mieli The Clash czy Serge Gainsbourg. Bardzo podobnym sonicznie bytem jest shoegaze, który zresztą uwielbiam, a moim ulubionym zespołem in general jest My Bloody Valentine. Tylko tu bas zamieniony jest na ścianę dźwięku.

Jak długa była Wasza droga od bycia słuchaczem do bycia twórcą? Da się określić w ogóle rozpiętość czasową takiego procesu?
Lady Katee: Ja zaczęłam zajmować się muzyką już jako szesnastoletnia dziewczyna, a co ciekawsze – stało się to zupełnie przypadkowo, gdy moje koleżanki z klasy zapisały się na naukę gry na gitarze, a ja najzwyczajniej w świecie do nich dołączyłam. Od tego tak naprawdę zaczęła się podróż przez naprawdę wiele gatunków muzycznych: począwszy od poezji śpiewanej poprzez drum’n’bass i breakbeat, rock’n’roll, aż po downtempo. To 14 lat zdecydowanie mnie ukształtowało i miałam też przy tym na pewno świetną zabawę.
Piotr: Wielką inspiracją dla mnie był Robert Brylewski, którego produkcje wyłamywały się ze wszelakich schematów i cechowały się dużą rozpiętością gatunkową – zawsze chciałem robić coś podobnego. I choć od kiedy pamiętam słuchałem dość różnorodnej muzyki – od magicznych płyt z Obuha i niemieckich minimalistów z wytwórni ~scape, po np. Kate Bush i hip-hopowy Grammatik – to sam dość późno zacząłem zajmować się jej tworzeniem. Pierwszy utwór zrobiłem bodajże będąc na pierwszym roku studiów. Nigdy też muzyka elektroniczna nie była mi najbliższa. Samo podejście do tego było dla mnie dość problematyczne, bo nie umiałem grać na żadnym instrumencie i podczas tworzenia posługiwałem się tylko i wyłącznie komputerem i to w sposób intuicyjny. Do dzisiaj nie czuję się instrumentalistą w pełnym tego słowa znaczeniu i bardziej myślę o utworach jako o całościowych produkcjach, a nie o kompozycjach składających się z pewnych ścieżek. Ale czasami, gdy zdarza mi się prowadzić warsztaty z młodymi ludźmi, mówię im, że to, że nie grają na żadnym instrumencie nie jest przeszkodą nie do przejścia, bo mogą się całkiem dużo nauczyć i bez tego. Taki wstęp do gry.

A czy gra na jakimś instrumencie pomaga w jakiś sposób w realizacji muzyki elektronicznej?
Piotr: W mojej opinii tak. Muzyka, którą tworzę jest w dużej mierze oparta na repetycji bitu i istotne jest rozumienie jego podstawowych zasad. W tym wypadku dla mnie poczucie rytmu jest ważniejsze niż konkretna wiedza muzyczna i jeśli ktoś go nie posiada, to jest już jest po wszystkim. Wydaje mi się, że patenty z innych instrumentów pomagają także w utrzymaniu stroju całej piosenki. Albo na przykład arrpegiator w syntezatorach – zawsze przypominał mi harmonie gitarowe.

Skoro jesteśmy w temacie brzmień, powiedzcie jak zapatrujecie się na elektronikę w Polsce? Będąc twórcami, na pewno widzicie to kompletnie z innej strony.
Lady Katee: Oprócz tego, że mam swój udział w projekcie elektronicznym, gram jeszcze w zespole rock’n’rollowym Little White Lies, więc mam porównanie, jak wygląda w Polsce rynek elektroniczny, a jak gitarowy. Współpraca na arenie międzynarodowej jest łatwiejsza w pierwszym przypadku ze względu na swobodny przepływ ludzi oraz większą możliwość poznania zagranicznego producenta i zrobienia z nim wspólnego numeru nawet nie zając się osobiście. Rynek gitarowy to natomiast twór mocno hermetyczny i zamknięty – zdecydowanie ciężej jest nawiązać kontakty z osobami z zagranicy.
Piotr: Mi dość trudno wypowiadać się o scenie stricte polskiej, bo nie do końca robię muzykę, która w naszym kraju jest popularna. Jest kilka fajnych rzeczy, ale o wiele bardziej interesują mnie polskie produkcje nie-elektroniczne. Albo na granicy gatunków. Bardzo podoba mi się remix piosenki „Mózg” Misi Ff, który wykonał Bartosz Szczęsny, beat autorstwa Galusa na którym Hades zarymował numer „Zimna Krew” czy instrumental „Widzę Gwiazdy” składu DwaZera.

Choć Hatti Vatti nie istnieje przecież od roku czy dwóch, to dopiero teraz jest o tym projekcie naprawdę głośno: występujecie na dużej ilości festiwali i zaczynacie istnieć w świadomości zdecydowanie większej ilości ludzi. Z czym związana jest ta zmiana w reakcjach i zainteresowaniu publiki?
Piotr: Zmiana podejścia publiczności była i jest dla mnie odczuwalna od momentu, kiedy pojawiły się w sprzedaży moje winylowe single, później cała płyta i zacząłem produkować i koncertować z Kasią. Hatti Vatti stał się pełnoprawnym projektem muzycznym, gramy live-acty i jak tylko to możliwe jest wokal na żywo. Wydaje mi się, że wcześniej widziano tylko przedstawiciela undergroundowej sceny muzycznej, a teraz jesteśmy zapraszani już jako zespół na duże festiwale takie jak na przykład ten. To przyjemne i cieszy.

LADY KATEE (C) MARCIN SIWANIA

Sama nazwa projektu wzięła się od stworków hatifnatów – stworzonek, które ciągnęło do elektryczności. Bierzecie w ogóle pod uwagę możliwość zmiany stylistyki i ucieczki od tej „elektryczności”?
Piotr: Wczoraj rozmyślałem na ten temat i wpadł mi nawet do głowy pomysł, żeby zrobić kiedyś koncert unplugged. Każdy z nas umie przecież grać na jakimś instrumencie, więc można byłoby odegrać taki jednorazowy koncert w innej, niespotykanej na co dzień aranżacji, ale poza tym Hatti Vatti jest raczej projektem czysto elektronicznym. Swoją drogą jestem w trakcie nagrywania płyty projektu Nanuuk, czyli skrzypka Stefana Wesołowskiego i mnie – to właśnie taki elektro-akustyczny projekt, ale muzyka mocno się różni od tego co robię jako HV.
Lady Katee: Myśleliśmy również żeby poszerzyć zespół o kolejny instrument na przykład…
Piotr: Dobrze byłoby rozwinąć się w wersjach koncertowych. Przyznam, że czasami trudno operować mi wszystkimi ścieżkami naraz, a żywe instrumenty takie jak perkusja i bas z pewnością nadałyby całemu występowi uroku. Problem polega na tym, że potrzebowalibyśmy naprawdę dobrego perkusisty, który nie zrobiłby z HV rockowej kapeli, ale poradziłby sobie z dziwnymi strukturami rytmicznymi zachowując pierwotny charakter projektu. Ja sam czasami nie rozumiem co nagrałem, szczególnie w klikach i ornamentyce perkusyjnej. Kasia jest bardzo zdolna, śpiewa w takim numerze gdzie podstawę rytmu stanowi beat, który zrobiłem z gęsto powtórzonego sampla łamiących się gałęzi i w tym momencie często się gubię modulując ten fragment live.

Twoje dwa ostatnie krążki – „Algebra” i „Worship Nothing” diametralnie się od siebie różnią. Podobnie było z emocjami podczas ich tworzenia?
Piotr: Również były zupełnie różne. Przez pewien czas zastanawiałem się nawet, czy nie wydać mini-albumu „Algebra” pod innym pseudonimem, ale szybko z tego pomysłu zrezygnowałem – rozmienianie się na drobne niczemu dobremu nie służy, skoro za wszystko odpowiedzialna jest jedna i ta sama osoba, działająca na szerokim poletku muzyki elektronicznej, a na obu płytach jest kilka kompozycji, które mogły by być wzajemnie zamienione adresem zameldowania na albumach. Sam krążek „Algebra” był jednym wielkim szkicownikiem, który został nagrany bardzo szybko i żywiołowo, jak gdyby był zapisem koncertu, a zazwyczaj nad produkcjami siedzę dniami i nocami. Jeden utwór zdarza mi się nagrywać przykładowo pół roku, a ta płyta powstała w całości w ciągu jednego miesiąca. Parę lat temu wyszła co prawda płyta z materiałem, który nagrałem mieszkając w Kairze, ale były to dość konwencjonalne piosenki. „Algebra” miała nigdy nie zostać upubliczniona, bo tworzyłem do szuflady i po prostu w Gdańsku nadarzyła się okazja, by ją zaprezentować. Poproszono mnie o występ specjalny i choć z początku nie wiedziałem co dokładnie zrobić, to potem przypomniał mi się wcześniej przygotowywany materiał i nagle okazało się, że według mnie wszystko się ze sobą zgadza. Za to „Worship Nothing” powstawała w Sopocie z duża inspiracją Berlinem, latami 80. i morzem. Zupełnie inne podejście do produkcji. Zupełnie inna historia, bardzo miejska płyta. Noc w mieście, taki pamiętnik z życia – ten album ma dla mnie duże znaczenie emocjonalne.

Jako, że czas nas nagli muszę zadać ostatnie pytanie. Apetyt rośnie w miarę jedzenia – jak widzicie siebie w bliższej i dalszej przyszłości?
Lady Katee: Piotr kilka dni temu podesłał mi szkic piosenki, która osobiście bardzo mi się spodobała i nawet próbowałam go namówić, żebyśmy zagrali ją podczas dzisiejszego występu na Audioriver, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nad utworem trzeba jeszcze popracować. Jedno jest jednak pewne – bez wątpienia będziemy grać póki jest czas i okazja.
Piotr: Choć wszystkie utwory, które napiszę Kasia nagrywa bardzo sprawnie, to wszyscy też jesteśmy zajęci swoimi innymi projektami i wydanie kolejnej płyty staje się automatycznie bardzo czasochłonne, ale staramy się najlepiej jak możemy. Kasia wydaje zaraz płytę ze swoim zespołem, a ja kończę właśnie album z Mikołajem Bugajakiem pod szyldem HV / NOON.

Nie ma więcej wpisów