Pamiętam dobrze pierwszy koncert Męskiego Grania w Żywcu w 2010 roku. Kończył on premierową trasę, był w pewnym sensie nieplanowanym, dodatkowym wydarzeniem. W regionie mieliśmy niezłe poruszenie. Świetny line-up za naprawdę niewielkie pieniądze, tam po prostu trzeba było być. Tamten wieczór otworzył mi i wielu moim znajomym oczy na polską muzykę, a koncert Mitch&Mitch wspominam do tej pory. Ponad dziesięć tysięcy ludzi zgromadzonych wtedy pod Grojcem udowodniło, że koncerty „u źródła” są wyjątkowe i Żywiec na stałe wpisał się w kalendarz Męskiego Grania.

Tegoroczny finał, który odbył się niecodziennie, bo w piątek, był niezwykły pod wieloma względami. Po pierwsze oprócz ludzi zgromadzonych pod sceną, oglądało go ponad 250 tysięcy ludzi we własnych domach dzięki transmisji na żywo. Wszelkie progi postawione przez producentów koncertu zostały spełnione, co zaowocowało dodatkowymi atrakcjami.

Zanim jeszcze pierwszy wykonawca pojawił się na scenie, z przytupem rozpoczęli wieczór Żywczanie. Młodzi ludzie z zespołu ludowego wykonujący tegoroczny singiel trasy „Elektryczny” wywołali niemały entuzjazm powoli zbierającej się publiczności. Ten świetny kawałek dzięki góralskiej werwie nabrał jeszcze więcej energii. Takie rzeczy tylko w Żywcu.

Muzyczny korowód artystów rozpoczęli The Shipyard, którzy w góry zawitali aż z Trójmiasta. Zespół należał do grona młodych zespołów wybranych przez internautów w ramach akcji Nowe Męskie Granie i dał widowni dawkę porządnego rocka. Łąki Łan przenieśli słuchaczy w krainę swoich fantazji jak to oni potrafią najlepiej, a widok całych rodzin podskakujących w rytm produkowanych przez poprzebieraną załogę dźwięków, utwierdził mnie w przekonaniu, że Męskie Granie to doświadczenie międzypokoleniowe. Krzysztof Zalewski z kolei udowodnił, że jego zeszłoroczna płyta „Zelig” ma koncertowy potencjał, a wyklaskane przez wszystkich „Jaśniej” wstrzyknęło w tłum dawkę optymizmu. Natomiast wykonany przez niego cover „Nie pytaj o Polskę” Obywatela G.C. nabrał jeszcze innego, wyjątkowego znaczenia. Dokładnie 29 sierpnia obchodziłby 57 urodziny lider Republiki Grzegorz Ciechowski, którego dorobku i wkładu w polską muzykę nie trzeba chyba przedstawiać. Gdyby Męskie Granie miałoby mieć jakiegoś duchowego, honorowego patrona nikt nie nadawałby się lepiej.

Kontynuując jednak imprezowe emocje, nawet ci, którzy na co dzień z reggae nie mają nic wspólnego muszą przyznać, że koncerty w tym klimacie potrafią rozbujać jak żadne inne. Warszawski kolektyw Vavamuffin spełnił swoje zadanie z nawiązką, w postaci gościnnego udziału Piotra „Vienia” Więcławskiego, członka hip-hopowej grupy Molesta. Skubas natomiast postawił na mieszankę nowego i starego materiału. Płyta „Brzask” ukaże się 9 września, a zagrane z niej choćby „Nie mam dla Ciebie miłości” brzmi bardzo obiecująco. Pragnąca interakcji widownia doczekała się „Rain Song”, utworu wykonanego razem z Kevem Foxem. Piosenka nazwana „najbardziej biesiadnym utworem w repertuarze” elegancko zamknęła ten segment, a widownia długo jeszcze śpiewałaby znaną melodię, gdyby nie sprawne wypełnianie przerw przez organizatorów.

Gościem Skubasa podczas jego trzydziestu minut był Tomasz „Lipa” Lipnicki, z którym razem wykonali „To co ma nadejść” Illusion. Tenże zespół występował jako następny w kolejce i chyba zgromadził rzeszę najwierniejszych fanów. Kto się do nich nie zaliczał i tak musiał docenić wielką moc emanującą ze sceny. Kiedy jeszcze dołączył do zespołu L.U.C. strzelając słowami jak karabin maszynowy, a później Olaf Deriglasoff trzeba było przyznać, że to jeden z najciekawszych punktów wieczoru.

Nikt z artystów natomiast nie mógł czuć się w Żywcu jak Brodka. Czy nie miło po miesiącach trasy zakończyć ją występem praktycznie w domu? Chyba tak, zwłaszcza, że tysiące ludzi czekają na wykonanie znanej, lokalnej przyśpiewki „Sarna”. Wokalistka w towarzystwie Żywczan wzorowo spełniła swoje zadanie. Wracając do oryginalnego repertuaru artystki, choć materiał z płyty „Granda” i EP-ki „LAX” jest już ograny na wskroś, kluczem do sukcesu okazało się przearanżowanie utworów. Można było usłyszeć bardziej rockowe „Dancing Shoes”, „Syberię” z wokalną pomocą Krzyśka Zalewskiego (który także towarzyszył Brodce grając na wszystkim co miał pod ręką) czy kilka utworów w aranżacji na małe instrumenty. Te ostatnie swoim brzmieniem przywoływały obrazy plaży w środku lata, idealnie na zakończenie wakacji.

Tuż przed 22 na wszystkich czekała kolejna nie do końca przewidziana atrakcja. Żywiecki koncert przeniósł się na antenę radiowej Trójki, gdzie na liście przebojów „Elektryczny” znów poszybował na pierwsze miejsce. Nie mam zielonego pojęcia jak to brzmiało w radiu, ale tłum pod sceną, ze świadomością bycia na antenie, wyśpiewał (wywrzeszczał?) słowa singla i zbiorowy entuzjazm osiągnął apogeum. A przecież wykonanie utworu na żywo przez artystów miało dopiero nadejść.

Występujący jako kolejny Dawid Podsiadło, którego debiut dotarł chyba wszędzie jak Polska długa i szeroka, potwierdził swoje świetne warunki głosowe. Widać, że od pierwszych koncertów, a już na pewno od kiedy widziano go na ekranach telewizorów, zdążył obyć się ze sceną i obecnie przedstawia się jako całkiem charyzmatyczny wokalista. Pozostaje czekać jak będzie przebiegać jego muzyczna ewolucja. Ciekawym etapem będzie z pewnością debiutancka płyta zespołu Curly Heads, w którym śpiewa, a który pokazał się w pełnej okazałości żywieckiej publiczności. Pięciu chłopaków premierowo wykonało dwa utwory i zaprezentowało prawdziwy rockowy pazur. Chwytliwe riffy wiedzione mocnym głosem wywołały ogień na i przed sceną. Brzmienie (trochę poparte wyglądem i liczbą członków zespołu) przywołało mi nawet na chwilę przed oczy The Strokes. Tak czy inaczej, życzę chłopakom powodzenia i z chęcią sięgnę w październiku po album „Ruby Dress Skinny Dog”.

Finał finału to pokaz umiejętności supergrupy Męskie Granie Orkiestra. Skład pod wodzą Andrzeja Smolika zmierzył się po raz ostatni z klasyką polskiego rocka. Można było usłyszeć „Kombinat” Republiki z Podsiadło na wokalu, czy „Oni zaraz przyjdą tu” grupy Breakout, w który ciekawie wpasowała się Brodka. Natomiast król basistów Olaf Deriglasoff zmiótł wszystkich swoją wersją „Misiów Puszystych” Siekiery. Moim prywatnym numerem jeden w tym zestawie pozostał utwór „Nim wstanie dzień” skomponowany przez Krzysztofa Komedę ze słowami Agnieszki Osieckiej w wykonaniu Krzysztofa Zalewskiego. Ciarki były, oj tak. Kto jednak wzbudził wśród publiczności największy entuzjazm? Pierwszy wodzirej polskiej sceny, O.S.T.R. Kiedy wyskoczył na scenę w utworze Brygady Kryzys „To co czujesz to co wiesz” śpiewanym przez Podsiadło, tłum eksplodował. Stały bywalec imprezy i ubiegłoroczny jej kurator sprawił, że po raz kolejny zdarliśmy sobie gardła wykrzykując cokolwiek nam zasugerował. Ten emocjonujący wieczór i całą tegoroczną trasę zakończył zagrany w końcu w pełnej krasie „Elektryczny”. To moim zdaniem obok pierwszego, „Wszyscy muzycy to wojownicy”, najlepszy singiel promujący Męskie Granie. Świetny rozpoczynający riff, łatwe do zapamiętania słowa i niebywały koncertowy potencjał sprawiają, że człowiekowi chciałoby się skakać do upadłego, a to niestety tylko trzy minuty.

Patrząc na tę inicjatywę jako całość można dostrzec, że o jakości trasy nie świadczą jedynie czysto muzyczne doznania. Męskie Granie to przecież przede wszystkim rozentuzjazmowani ludzie po obu stronach sceny. To występujący artyści, wśród których tworzą się niezwykłe, międzygatunkowe kolaboracje, również na zasadach fan-idol. To pracujący długo przed i długo po wydarzeniu menadżerowie sceny i ekipy techniczne. To zachrypnięty pod koniec i emanujący szczerymi emocjami Piotr Stelmach, ojciec chrzestny całej imprezy i ujmujący „zapowiadacz” (sto punktów za stylówę panie Piotrze!). To w końcu publiczność bawiąca się w grupach znajomych, rodzice, w których odżywają wspomnienia młodości, z dzieciakami dopiero łapiącymi bakcyla.

W ciągu pięciu lat Męskie Granie zdążyło ewoluować, stając się stałym punktem na kulturalnej mapie Polski. Tegoroczna edycja potwierdziła, że dobrej polskiej muzyki jest naprawdę dużo. Co ważniejsze, ludzie chcą jej słuchać, patrząc na szybko sprzedające się bilety. Pozostaje zatem mieć nadzieję, że w ramach tej inicjatywy spotkamy się nie raz, nie dwa, a dużo więcej razy.

Nie ma więcej wpisów