Read the English version of the interview >>>

Years & Years to obiecujące londyńskie trio gotowe na podbój światowych scen swoim wrażliwym electropopem. Olly Alexander, Mikey Goldsworthy i Emre Turkmen tworzą dobrze zbudowane, chwytliwe kawałki w których wokal Olly’ego błyszczy naprawdę jasno. Miałam przyjemność spotkać się z zespołem po ich pierwszym polskim koncercie w ramach festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach, gdzie panowie z impetem otworzyli scenę główną. Choć bardzo zmęczeni, opowiedzieli mi o tym jak powstają ich piosenki i teledyski oraz co w koncertowaniu lubią najbardziej.

Po pierwsze, wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że przyjechaliście do Polski na nasz festiwal. Głównie koncertujecie w Wielkiej Brytanii, dlaczego więc zdecydowaliście się wpaść do Katowic?

Emre Turkmen: Właściwie to Polska nas wybrała.

Mikey Goldsworthy: Statystycznie wśród fanów w serwisie Facebook zajmujecie trzecie miejsce, choć nie wiemy dlaczego ani jak do tego doszło

Patrząc jak świetnie bawiła się dziś publiczność, zdaje mi się, że Wasza muzyka współgra z naszym charakterem. A jak z waszej perspektywy wypadł koncert?

Olly Alexander: Było niesamowicie! Myślę, że to najlepszy koncert jaki kiedykolwiek zagraliśmy.

Emre: Kiedy pierwszy raz zobaczyliśmy namiot byliśmy pewni, że będzie całkiem pusty. Nie gramy normalnie na scenach głównych, więc gromadzący się ludzie nieźle nas zaskoczyli.

Wróćmy do początków Waszej drogi. Wydajecie pod szyldem Kitsuné Maison, to znana i utytułowana wytwórnia. 

Olly: Poznaliśmy Kitsuné dzięki innemu zespołowi, Citizens, który pomógł nam podpisać z nimi kontrakt. Mniej więcej rok temu mieliśmy gotowy singiel i szukaliśmy wytwórni, która nam go wyda. Spytaliśmy, czy nie mogliby podsunąć go Kitsuné i zgodzili się.

Jesteście całkiem produktywnym zespołem, Wasze single radzą sobie bardzo dobrze. Jak daleko jeszcze do pełnego, debiutanckiego albumu?

Emre: Chcemy wydać album początkiem przyszłego roku. Mamy nadzieję, że ukaże się najpóźniej wiosną. Nagrywamy już od kilku miesięcy.

Cały materiał na album jest już zatem przygotowany?

Emre: Możliwe. Ciągle piszemy, ale mamy nadzieję, że to już komplet.

Olly: Posiadamy mnóstwo piosenek. Teraz przyjdzie tylko kwestia wyboru, co znajdzie się na albumie, ciężki proces eliminacji.

Jestem ciekawa jak pracujecie nad piosenkami. 

Emre: Tak szczerze, tworzymy w najróżniejszy sposób. Czasem Olly napisze utwór, który właściwie jest skończony i my tylko kombinujemy z muzyką. Czasem gramy sobie w trójkę zamknięci w pokoju i z tego w końcu powstaje piosenka. Innym razem ja i Mikey stworzymy muzykę do której Olly zaczyna śpiewać, albo wysyła swoje uzupełnienie telefonem, a czasami po prostu idziemy do studia nagraniowego i tam powstaje kolejny kawałek.

Mikey: Nasze piosenki przechodzą wiele ewolucji, jak Pokemony [śmiech], każda ma dużo kolejnych wersji.

Emre: Ten proces właściwie nigdy się nie kończy. Gramy na przykład piosenkę, która nazywa się „King” i obecnie jest to właściwie jej trzecia inkarnacja.

Kiedy zatem wiecie która wersja będzie tą finalną?

Emre: Nie wiemy. W którymś momencie trzeba się jednak zatrzymać.

Olly: To potrafi być bardzo trudne, ale musisz ufać, że ludzie wokół ciebie, osoby z którymi pracujesz powiedzą ci kiedy należy skończyć. Ciężko ten punkt zaobserwować, kiedy jesteś w centrum, wewnątrz procesu. Kiedy jednak piosenka jest gotowa, człowiek czuje się naprawdę dobrze.

Emre: Najlepsze kawałki powstają bardzo szybko, czasami są gotowe zanim zdążymy zauważyć.

Idźmy zatem troszkę dalej. Z kim marzyłoby się wam współpracować?

Emre: Prince, Prince byłby świetny. Nie całkiem potrafię sobie to wyobrazić, ale to tylko marzenia, nie muszą brzmieć logicznie.

Mikey: Może Flying Lotus? Z tym, że też nie sądzę by to wypaliło, brzmielibyśmy razem zbyt dziwacznie.

Olly: Na pewno świetnie współpracowałoby się z Little Dragon.

Mikey: I Backstreet Boys? [śmiech]

Olly: O, Beyoncé! Któregoś dnia chciałbym coś dla niej napisać.

Oprócz tworzenia świetnych piosenek, macie w swoim dorobku dwa interesujące teledyski, do „Real” i „Take Shelter”. Jak wpadliście na pomysły wykorzystane przy realizacji tego drugiego?

Olly: Chciałem pokazać jak tracimy głowę dla kogoś, ponieważ czułem, że piosenka jest o tym jak w pewnym sensie zwariowałem na czyimś punkcie. Przeniosłem więc tę ideę w niecodzienną przestrzeń. Moja koleżanka, Emily Browning, która gra w tym teledysku była akurat w Londynie i miała chwilę czasu, więc postanowiliśmy wspólnie zrobić coś ciekawego. Emily podjęła rolę szamanki, która nas hipnotyzuje, rzuca na nas urok. To był nasz punkt wyjścia i stopniowo pomysły przerodziły się w szalony klip.

Mamy zatem oczekiwać kolejnego niezwykłego teledysku do następnego singla?

Olly: Zdecydowanie nie będzie to standardowe video. Chyba nigdy takiego nie nakręcimy. Przy czym każde następne jest wyzwaniem, chcemy, by były coraz lepsze.

Widzę, że teledyski są dla Was ważnym elementem. Myślicie, że mogą one zmienić stosunek słuchacza do piosenki?

Olly: Tak, uważam, że ludzie obecnie słuchają muzyki wizualnie. Każdy ogląda mnóstwo rzeczy na YouTube’ie. Dobry teledysk może naprawdę pomóc piosence. Kiedy ludzie go pokochają, zaczynają się nim dzielić, pokazywać innym. Z drugiej jednak strony dobre video nie od razu zrobi ze złej piosenki świetną. Jednak to właśnie poprzez nie konsumujemy muzykę, więc powinny być jak najlepsze. Koniec końców są częścią tworzonej sztuki.

Praca w studio to jedna sprawa, granie na żywo to zupełnie inna bajka. Co was najbardziej ekscytuje w byciu na scenie?

Olly: Samo posiadanie widowni. Dajemy koncerty od jakiegoś czasu, mamy ich na koncie całkiem sporo. Kiedy zaczynaliśmy, cztery lata temu, nie było na nich dosłownie nikogo, no może ze trzy osoby. Dlatego fakt, że obecnie ludzie przychodzą nas oglądać, znają naszą muzykę i chcą posłuchać naszych piosenek daje nam najwięcej radości. To najlepsze uczucie na świecie!

Emre: Tak, a kiedy ludzie zaczynają śpiewać teksty razem z nami, robi się naprawdę dziwnie [śmiech]

Kończąc już, wymieniliście kilka swoich inspiracji, jak Flying Lotus i Little Dragon, czy jesteście jednak w stanie podać muzykę, która wywołuje u was tak zwane „guilty pleasure”?

Emre: Jasne, że tak. Całkiem lubię… A-ha?

Mikey: Moim jest zdecydowanie Take That w wersji bez Robbiego Williamsa.

Olly: Szczerze, właściwie nie wiem co „guilty pleasure” miałoby znaczyć. Przyjemność zawsze jest przyjemnością, bez względu na to czego się słucha. Powinno się móc uwielbiać Rihannę i Beyoncé na równi z Kelelą czy FKA Twigs. Inspirację trzeba czerpać ze wszystkiego.

Wasza muzyka zdecydowanie sprawia przyjemność. Dziękuję za rozmowę!

Nie ma więcej wpisów