Tę Islandzką formację świadomie do swojego odtwarzacza wrzuciłam kiedy na topie był ich pierwszy album wydany pod szyldem kultowej wytwórni Kompakt. Chyba obecnie (po sukcesie czarnego arabskiego konia) mało kto pamięta pochodzące z tamtego wydawnictwa kawałki, jak „Thin Ice”, „Hateful”, czy niesamowity i elektryzujący „Add This Song”. „24/7” był ostatnim łącznikiem między starym a nowym GusGus, gdyż na tej płycie ekipa połączyła ostrzejsze dźwięki electro z krystalizującą się głęboką melodyjno-house’ową estetyką.

Na wydanym dwa lata pózniej „Arabian Horse” artyści dorzucili do tego powiew świeżej mieszanki progressive house’u oraz tech-house, obudowując je jak zwykle dobrą warstwą wokalną. Owo dopracowanie sprawiło, iż na tym etapie hipnotyzujące i oryginalne brzmienie stało się absolutnym znakiem rozpoznawalnym zespołu. To wystarczyło, aby w 2011 roku zagwarantować piątce, jaka pozostała (Stephan Stephensen, Birgir Þórarinsson, Daniel Ágúst Haraldsson, Urður Hákonardóttir, Högni Egilsson) spory sukces. I choć może nie był to sukces kasowy, to o Islandzkim zespole usłyszeli nawet ci, którzy w muzyce elektronicznej rozmiłowani nie są. To była prawdziwa jazda bez trzymanki, która pasowała do praktycznie każdej sytuacji. No, a potem przyszedł „Mexico”.

Największy problem z tym albumem mam taki, że wszystko co na nim się zadziało praktycznie już znam. Nie znalazło się tam nic, co mogłoby mnie zaskoczyć, a przecież z każdym rokiem, z każdą chwilą wchodzenia w ich muzykę głębiej, mój apetyt na nowe rośnie coraz bardziej. Przecież GusGus to formacja, która żongluje gatunkami i bez względu w jakiej stylistyce zechce zamieszać, zawsze robi to z klasą doświadczonego muzyka. Słuchając dotychczas tych dźwięków, czułam się jak dziecko we mgle prowadzone przez dojrzałego przewodnika, któremu mogę zaufać w stu procentach. Tym razem stanęliśmy w miejscu.

Ponoć na „Mexico” panowie chcieli przywrócić brzmienie synthpopowych kawałków z poprzednich dekad. Szkoda tylko, że odbyło się to kosztem przestrzennych deepowych brzmień, jakie stały się domeną „Arabian Horse”, a tutaj zamienione zostały na popowe, a wręcz dreampopowe dźwięki, o których w kontekście tej formacji nigdy bym nie pomyślała. Efektem, tego są takie kawałki, jak „Obnoxiously Sexual”, czy „God Application”. Skrawki dawnego brzmienia usłyszeć po części można w utworach „Sustain”, czy pierwszym promującym „Mexico” singlu – „Crossfade”. Nowym, przyjemnym doświadczeniem, jak i ciekawym zabiegiem, jest sięgnięcie przez muzyków po buczący bas rodem z brytyjskiego garage, który występuje w wielu cięższych pozycjach na tym LP.

Jednak oprócz synthpopowej estetyki oraz wykorzystania UK garage, jest na „Mexico” sporo innych zaskoczeń, niekoniecznie na plus. Długo musiałam przyzwyczajać się do zamykającego wydawnictwo utworu „This Is What You Get”, który wydawał mi się elementem zupełnie niepasującym. Czy do wspomnianego już „God Application”, który choć idealny dla ciepłego głosu Högni Egilssona, to w porównaniu z otaczającymi go trackami, lewituje gdzieś w zupełnym oderwaniu od tej meksykańskiej wycieczki. Czytając słowa wypowiedziane w wywiadzie przez jednego z członków formacji (I wanted to take the beats into a lightery environment and maybe get away from the minimal techno beats that were on Arabian Horse — do some more fluffy stuff), powoli godzę się z myślą, iż meksykańska podróż zaplanowana była dużo wcześniej i nic mi po reklamacjach, a z każdym kolejnym odsłuchem może nawet uznam tą płytę za rewelacyjną.

Pewnym jest za to fakt, że na tę chwilę „Mexico” chociaż naprawdę dobrze skrojone, tożsame w dużej mierze z brzmieniem GusGus, nie daje mi jednak tyle emocji, co „Arabian Horse”. I chociaż przyzwyczaiłam się już do „Another Life”, nie przewijam do następnego kiedy w moich głośnikach rozbrzmiewają pierwsze dźwięki „Obnoxiously Sexual”, a z „Airwaves” czerpię garściami, gdyż najbliżej mu do estetyki poprzedniego LP, w duszy liczę, że przy jedenastym albumie GusGus nie pójdzie w jeszcze łagodniejsze klimaty.

Nie ma więcej wpisów