Drugi dzień Soundrive Fest potwierdza tezę, że gdańska impreza z każdą kolejną edycją rośnie w siłę i za kilka lat może dołączyć do grona najbardziej rozpoznawalnych polskich festiwali. Wczorajszy wieczór należał do zagranicznych, w większości brytyjskich zespołów, wśród, których naleźli się także przedstawiciele krajów skandynawskich.

Bardzo dobre otwarcie zapewnił młody zespół Bleanavon. Na swoim koncie mają dwa mini albumy, a debiutancki krążek dopiero przed nimi. To zespół z rodzaju tych, które w swojej muzyce łączą cały wachlarz emocji. Trzech długowłosych panów, dwie gitary i perkusja. Tyle wystarczy, aby pokazać tę bardziej melodyjną i psychodeliczną zarazem stronę indie rocka. Do tej pory wylansowali dwa zacne single „Into the Night” i „Denim Patches”, które na żywo (zwłaszcza ten drugi) prezentują się znakomicie. Zgrabne, delikatne, gitarowe melodie połączone z aksamitnym wręcz wokalem i mimo wszystko nutką szaleństwa – takie granie w kraju nad Wisłą sprawdzi się zawsze. Dwie zerwane struny są wystarczającym dowodem na udany występ.

W połowie koncertu Bleanavon na dużej scenie B90 instalował się zespół Yuck, który wyrwał publiczność z romantycznego letargu. Kolejny reprezentanci sceny brytyjskiej porównywani są do twórczości My Bloody Valentine czy Sonic Youth. Gitarowego hałasu odebrać im nie można, jednak po wczorajszym występie porównania te wydają się być nieco na wyrost. Pierwsza połowa koncertu, którą dane mi było zobaczyć to umiejętnie wymieszane utwory z dwóch płyt. Zagrane energicznie i bez przynudzania, ale jednak zabrakło tego „czegoś”, co zatrzymałoby pod sceną na część drugą.

Kolejny artysta, który prezentował się w małej sali to chyba największe zaskoczenie drugiego dnia Soundrive. Pochodzący z Finlandii długowłosy blondyn o wdzięcznym nazwisku Jaakko Eino Kalevi specjalizuje się w muzyce elektronicznej podawanej inaczej. Podczas jego występu przez chwile można było poczuć się jak w berlińskim klubie z połowy lat 80′. Połączenie awangardowych sampli i beatów ze zmieniającym się, spreparowanym wokalem mocno zagęściło atmosferę. W ciągu jednego utworu (chociażby „Flexible heart”) można było usłyszeć kołyszący, miękki głos Jaakko, który chwilę później zamienił się w stłumiony i przesterowany przywodzący na myśl wokalne wstawki wywodzące się z tradycji muzyki house.

Dla wielu najbardziej wyczekiwanym zespołem była grupa Eagulls. W Wielkiej Brytanii podobno stali się współczesnym symbolem gniewu, który dosadnie wyrażają post-punkowymi kompozycjami. Na scenie podczas ich występu panuje chaos kontrolowany. Muzyczna destrukcja oprawiona w noisowe, gitarowe riffy z wokalistą śpiewającym na modłe Roberta Smitha. Tylko fryzura nie ta. Eagulls to pierwsza z dwóch petard wczorajszego wieczoru. Kolejną miał być zespół Fiction, niestety pokładane w nich nadzieje szybko zamieniły się w rozczarowanie. Przez godzinny występ panowie nie mieli zbyt wiele ciekawych momentów, które mogły zaliczyć ten koncert o udanych. Występ bardzo poprawny, ale niestety jednocześnie nudny.

Jedną z większych nazw na tegorocznej edycji Soundrive jest bez wątpienia Baths. Młody Will Wisenfeld to rodzynek w mocno rockowym line-up’ie. Gitara, dwa laptopy i klawisze to jego królestwo. Na scenie towarzyszy mu Morgan Greenwood, który doprawia gęste beaty swoimi strunami. Głód elektronicznych dźwięków wśród publiczności było widać szczególnie po zakończeniu występu, który oklaskiwany był jeszcze długo po zejściu muzyków ze sceny.

Druga petarda, o której wspomniałam wcześniej to dwóch panów kryjących się pod nawą Slaves. Bębny i gitara. Tyle wystarczy, aby dosłownie roznieść mała salę. Enigmatyczny wokalista Laurie Vincent budujący napięcie wygłaszanymi przed każdym utworem monologami i towarzyszący mu nieokiełznany gitarzysta Isaac Holman to połączenie absolutnie wybuchowe. Jedyny zespół, który naprawdę potrafił ruszyć zdystansowaną trójmiejską publikę, a nawet zbliżyć ją do siebie zachęcając do… przytulania.

Drugi dzień festiwalu kończyła amerykańska grupa Unknown Mortal Orchestra, której umieszczenie na końcu raczej nie było dobrym posunięciem. Patrząc na to, co działo się na scenie i pod nią, miałam wrażenie, że wszyscy Ci, którzy wybrali się na UMO po koncercie Slaves po prostu śmiertelnie się nudzili.

Tego wieczoru wyraźnie dało się zauważyć, że Soundrive nie stawia na duże nazwy, a przede wszystkim na kapele, które mają coś do powiedzenia. Niemal wszystkie, które wczoraj można było zobaczyć na dwóch scenach, to zespoły młode, nierzadko debiutujące, mające w swojej dyskografii jedynie EP-ki. Jak widać, umiejętnie dobrany line-up w zupełności wystarczy, by przyciągnąć do starej stoczniowej hali tłumy głodnych muzyki fanów.

Nie ma więcej wpisów