O tym, że trzecia edycja Soundrive Fest zapowiada się bardzo ciekawie, wiadomo było już w momencie pierwszych line-up’owych ogłoszeń – potwierdził to dzień polski. Ostatnia część festiwalu, czyli sobotnie koncerty są na to kolejnym dowodem.

Sobota obfitowała w koncerty zespołów nie tyle skrajnych, co po prostu bardzo różnych. Podobnie, jak w piątek, należy wyróżnić koncert otwierający dużą scenę, czyli występ norweskiej grupy Highasakite. Indie pop oparty na kontrastach. Z jednej strony bardzo ciepłe, taneczne melodie, z drugiej wyczuwalna skandynawska melancholia
i bardzo wyraźny, przeszywający wręcz wokal Ingrid Helen Havik. Ich muzyka na żywo, to przede wszystkim piękne piosenki, oprawione w wyjątkowe światła. Jest tęsknota, smutek, radość a nawet złość. Wszystko zamknięte w postaci kilku minutowych utworów, ale zaśpiewane tak, że od początku do końca słucha się tego z otwartymi ustami. Szczególnie przy utworze „I, The Hand Grenade”, w którym oprócz świetnego wokalu słychać także ogromny wkład perkusisty.

Na małej scenie prezentowali się przedstawiciele Wielkiej Brytanii z zespołu Fear of Man. Atutem tego bandu
i zarazem jego najbardziej charakterystycznym elementem jest wokalistka, która oprócz ciekawej barwy głosu, sprawnie radzi sobie z grą na gitarze. Jednak ich muzyka na tle innych zespół występujących tego wieczoru wydawała się być bez wyrazu i umykała gdzieś pośród dochodzących zza ściany dźwięków grupy Planet of Zeus. To właśnie Gracy okazali się jednym z najmocniejszych punktów tegorocznej edycji imprezy. W Gdańsku muzycy promowali trzeci album „Vigilante”. To, co dało się zauważyć na pierwszy rzut oka podczas ich występu, to doskonały kontakt z publicznością. Mocne, southmetalowe granie, niesamowicie głośne riffy i bardzo wypracowany growl wokalisty.

Ciekawostką okazał się walijski zespół Islet. Muzycy, którzy dosłownie wyłonili się z tłumu wzbudzili niemałe poruszenie przemieszczając się między publicznością i wydając pojedyncze dźwięki na przedziwnych cymbałkach. Scena podczas ich występu zamienia się w muzyczny plac zabaw. Kwartet gra dosłownie na wszystkim i doskonale się przy tym bawi. Eksperymentują, łączą, nakładają na siebie warstwy, wyplatają hałaśliwe elementy. Śpiewają wszyscy i tworzą artystyczny chaos, który niesamowicie wciąga i intryguje. Dlatego od początku do końca ich występu mała sala pękała w szwach.

Na scenę dużej królował King Khan z zespołem The Shrines. Dziewięciosobowy skład z pół-Hindusem, pół-Kanadyjczykiem na czele roztańczył festiwalową publiczność. Pióropusz, cekiny, bokserki i podkolanówki – idealna sceniczna stylizacja. Zwariowany soul, w wykonanie równie zwariowanych, biegających, tańczących i stających na głowie muzyków. Dobrze wyreżyserowane show.

Mocnym akcentem festiwalu okazały się zespołu prezentujące nowe brzmienia. Najciekawszym z nich bez wątpienia było islandzkie Samaris. Połączenie żywej elektroniki z klarnetem i wspaniałym głosem Jófríður Ákadóttir było absolutnie hipnotyzujące. Delikatna, zalotna Jófríður skupiała na sobie całą uwagę i Samaris jako jedyny zespół tego wieczoru, oprócz Austry bisował. Jednocześnie islandzkie trio stało się największym odkryciem tegorocznej edycji Soundrive.

Ostatni występ to oczywiście Austra. Trochę inna, niż ta, którą pamiętamy z OFF Festivalu 2013, trochę bardziej spięta, ale na pewno zdecydowanie lepiej brzmiąca. B90 to klub z doskonałym nagłośnieniem, co już wielokrotnie zostało podkreślone. Kanadyjczycy tego wieczoru zaprezentowali cały przekrój najbardziej znanych utworów od „Lose it” aż po „Home” z ostatniego albumu. Pomimo 45 minutowego opóźnienia Austra zdołała się obronić
i pokazać, że nadal jest w bardzo dobrej formie koncertowej. Głos Katie Stelmanis wciąż przyprawia o dreszcze,
a w roli chórków świetnie spisuje się perkusistka Maya Postepski.

Tegoroczna edycja Soundrive swoją formą z kilku względów przypominała mały OFF. Podobnie, jak katowickiej imprezie temu festiwalowi również przyświeca idea promowania niezależnych artystów. Podobnie jak OFF nierozerwalnie jest połączony z Doliną Trzech Stawów, tak Soundrive połączony jest ze Stocznią. Do tego świetnie zrealizowane koncerty zarówno od strony dźwiękowej, jak i wizualnej, oraz kameralna, rodzinna wręcz atmosfera. Organizatorzy zadbali o to, by każdy fan muzyki, który w miniony weekend odwiedził stocznie mógł zrelaksować się w stylowym miejscu czy zasmakować niestandardowych potraw. Tutaj wszystko jest inne, bardzo specyficzne
i charakterystyczne tylko dla tej imprezy. Soundrive z każdą edycją sukcesywnie buduje swoją markę i jeśli organizatorzy dalej będą podążać tym tropem, to wkrótce gdański kameralny event może dołączyć do grona najchętniej odwiedzanych festiwali nie tylko ze względów muzycznych.

Nie ma więcej wpisów