ARTLOOP Festival to dopiero trzyletnie wydarzenie, które ze sztuką wychodzi w miasto. Przez cztery festiwalowe dni można było zobaczyć prace wielu artystów z różnych dziedzin sztuki. Niewątpliwie najważniejszym punktem całego przedsięwzięcia był wielki koncert, podczas którego wystąpiła żywa legenda trip hopu – Portishead.

Koncert rozpoczął wstęp prezenterki radiowej Trójki Agnieszki Szydłowskiej, która zapowiedziała pierwszą gwiazdę wieczoru. Duet Skalpel, bo o nich mowa, zagrał w składzie powiększonym o dwie wyraziste osobowości, czyli pianistkę Joannę Dudę oraz perkusistę Jana Młynarskiego (duet J=J). Mam wrażenie, że ekscentryczna dziewczyna grająca na klawiszach, jak i chłopak w marynarce uderzający ekspresyjnie w bębny ukradli cały występ, a ich żywe instrumentarium dodało energii pewnej DJ-skiej sytatyczności. Przykuwali uwagę równie mocno, jak wizualizacje VJ`a Spectribe`a, który zadbał o tą część koncertu. Na scenie pojawiły się odświeżone wersje choćby takich utworów, jak „If Music Was That Easy” czy tych nowszych, jak „Soundtrack”.

Pomimo wysokiego poziomu muzycznego i wizualnych atrakcji uwagę od koncertu skutecznie rozpraszała publiczność. Ludzie biegali między miejscami po piwo, z piwem, jak i po piwie do toalet. Dodatkowo nie każdy był zainteresowany bardzo dobrym supportem, przez co przedzierali się między rzędami dopiero w połowie występu, by wygrzewać miejsce, czekając na gwiazdę wieczoru. Z uwagi na to, że frekwencja nie dopisała, ludzie przesiadali się na wolne miejsca już w trakcie występu Skalpela. Gdy później przychodzili właściciele zajętych miejsc, tamci ustępowali i wracali na swoje, nierzadko już równie zajęte. Te niekończące się wędrówki były na szczęście rzadsze podczas występu Portishead.

Po ponad trzydziestominutowej przerwie między występami na scenie pojawili się ci, na których czekała cała widownia. Jedni z najważniejszych przedstawicieli trip hopu wystąpili w ramach ARTLOOP Festival na jedynym koncercie w Polsce podczas tej trasy koncertowej. Szczerze mówiąc, nie wiedziałem czego się spodziewać i trochę obawiałem się, jak zabrzmi ta muzyka w takim miejscu, jak Opera Leśna. Miejsce te dotychczas kojarzyło mi się z lekką, czasem przaśną muzyką z telewizyjnych festiwali. Wątpliwości zostały jednak rozwiane.

Brytyjczycy rozpoczęli swój występ utworem „Silence” z ich dotychczas ostatniej płyty „Third”. Już od samego początku pokazali, że ich muzyka na żywo sprawdza się o niebo lepiej, niż w wydaniu albumowym. Ciężkie, monumentalne wręcz brzmienie trochę mnie zdziwiło i pozytywnie zaskoczyło, ponieważ spodziewałem się nieco bardziej stonowanego występu. Z każdym basem, z każdym uderzeniem przesterowanej gitary coraz bardziej wkraczało się w świat magicznych, mrocznych dźwięków.

Zespół prezentował się rewelacyjnie w słabym, punktowym świetle – dzięki temu aura tajemniczości, która towarzyszy grupie z Bristolu została utrzymana. Wizualizacje, te animowane czy takie na których pojawiali się członkowie zespołu, podtrzymywały niesamowity klimat. Nie zabrakło również manifestów. Podczas „Machine Gun” na ekranie można było zobaczyć wojennych sceny z różnych zakątków świata, protestów przeciwko agresji, postaci znanych polityków, które w połączeniu z silnym, rytmicznym bitem przypominającym wystrzały zapadły głęboko w pamięć.

Na duży plus zasługuje dobór numerów, które Brytyjczycy zagrali tego wieczoru. Po pierwsze nie zabrakło najbardziej znanych utworów grupy, chociaż przy zaledwie trzech płytach wiele osób wśród publiczności znało też sporo tych niesinglowych kompozycji. Po drugie, kolejność granych utworów była dobrze przemyślana. Po solidnej gitarze i mocnych basach przychodził czas na łagodniejsze tony. Spora część numerów zabrzmiała zupełnie inaczej, niż brzmi ona na płytach. Niektóre zostały zubożone o pewne dźwięki, innym dodano, jeszcze innym zmieniono co nieco. Ogromne wrażenie zrobiło „Wandering Star”, gdzie znana już wersja z „Dummy” została uproszczona do granic możliwości. Zabrakło w niej zbędnych dodatków scratchowanej płyty, perkusji, zostały tylko gitary i głos Beth Gibbons, która postanowiła wykonać utwór w pozycji siedzącej. Prosty riff, solówka i niesamowita barwa wokalu skradły moje serce. Zmiany w aranżacji niestety nie zawsze wychodziły korzystnie. Przykładem był mój ulubiony utwór Portishead – „Threads”. Zabrakło mi wręcz lejącej się gitary i tego powoli podawanego niepokoju, jednak nie mogę powiedzieć, że zupełnie mi się nie podobało.

Obok rewelacyjnych muzyków i świetnie zagranych utworów rozbrzmiewał niesamowity głos Beth. Wokalistka posiada bardzo charakterystyczną barwę. Zdarzało jej się nie dociągnąć dźwięku, zdarzało się zafałszować, ale właśnie tego oczekiwałem. Jej pełen emocji, rozedrgany głos hipnotyzował i sprawiał, że z każdym utworem chciało się więcej. Pomimo, że między utworami milczała, to rekompensowała to z każdą wyśpiewaną nutą. Niesamowicie skromna, ubrana w zwykłą kurtkę i jeansy, czarowała słuchaczy, dając im to, czego oczekiwali od tego występu. Nawet, jeśli w niektórych utworach ginęła w głośnych dźwiękach akompaniamentu.

Do tej pory ciężko mi powiedzieć, które z zagranych utworów (oprócz „Wandering Star”) zrobiły na mnie największe wrażenie. Cały koncert był na bardzo wysokim poziomie. Nic więc dziwnego, że publiczność robiła co w ich mocy, aby wyklaskać bis, który zaskutkował dwoma dodatkowymi utworami. Pierwszym z nich był znany „Roads” z debiutanckiego albumu, drugim pozbawiony wysokich dźwięków z początku nagrania „We Carry On”.

Pomimo wysokiej ceny biletów i trochę słabej frekwencji, pomimo wędrówek ludzi między siedzeniami, pomimo brzęczących blach przy mocniejszych basach na tyle Opery, uważam, że to był bardzo dobry koncert. Muzyka Portishead dopasowała się świetnie do leśnej scenerii. Rewelacyjne kompozycje były świetnie zagrane, a głos Beth Gibbons brzmi w mej głowie do dzisiaj i pozostanie w niej na długo. Muzyczna część festiwalu ARTLOOP okazała się strzałem w dziesiątkę i już nie mogę się doczekać kogo zaproszą w przyszłym roku. Patrząc jednak na tegoroczną, jak i poprzednie edycje, wiem, że będzie to ktoś niesamowity.

Nie ma więcej wpisów