Wiosną tego roku premierę miał trzeci album Lykke Li. Piosenki które wypełniają „I Never Learn” określa się mianem break up songs, bo wystarczy spojrzeć na ich tytuły aby zrozumieć, że opowiadają one o rozpadzie związku i bólu rozstania. Szwedka nie operuje wymyślnymi metaforami, aby opisać swoje cierpienia, za to kolokwialnie mówiąc  – wali prosto z mostu śpiewając chociażby „Never Gonna Love Again”. Tę samą szczerość w wyrażaniu uczuć znajdziemy u Karen O, która w swoich przygodach miłosnych jest jeszcze bardziej dosłowna, a aranżacje utworów ograniczyła do absolutnego minimum.

Droga do solowej kariery tej charyzmatycznej wokalistki rozpoczęła się wraz z piosenkami do filmów Spike’a Jonze’a, który notabene jako były partner Karen także wpłynął na jej nowe dzieło. Tytuł „Crush Songs” mówi sam za siebie – w piosenkach O rozpamiętuje dawne miłości i rozstania, które choć z dzisiejszego punktu widzenia nic nie znaczą, to kiedyś były całym jej światem. W otwierającym album „Ooo” skarży się, że nie może zapomnieć utraconego kochanka (even the sound of his name carries me over their reach, back to some golden beach) a w „Rapt” mówi wprost: Love’s a bitch. Brzmi to trochę jak wywody zakochanej nastolatki, ale tak właśnie ma być. Liderka Yeah Yeah Yeahs twierdzi, że w życiu nie ma zbyt wielu momentów kiedy jest się szalenie zakochanym, lub ma się złamane serce – dlaczego więc nie powrócić do tych chwil w piosenkach?

Jednak pomimo znaczącego tytułu na „Crush Songs” znajduje się jeden utwór nie traktujący ani o euforycznym uczuciu zakochania, ani o złamanym sercu. Jest to skromny hymn (skromny bo jak reszta nagrań zupełnie pozbawiony rozmachu) na cześć króla popu, w którym Karen wypowiada rozbrajające słowa: Is he walking on the moon? I hope I don’t find out too soon.

Ascetyczne aranżacje stwarzają złudzenie, że słuchamy niedokończonych nagrań demo, a nie w pełni ukształtowanego albumu. Niektóre kawałki zaczynają się od cichego one, two, three, go, a beat otwierający „Visits” brzmi niczym w sypialnianych nagraniach początkującej artystki, która jeszcze niezupełnie wie czym jest automat perkusyjny. Wygląda to trochę tak jakby Karen chciała czym prędzej zarejestrować swoje pomysły bojąc się, że uczucie, pod wpływem którego stworzyła dany kawałek przeminie i nie da się uchwycić na taśmie.

Takie podejście do muzyki ma swój urok, szczególnie, że Karen O oparła się propozycjom znajomych chcących zrobić z tego super wyprodukowany krążek. Z drugiej strony kilkanaście bardzo krótkich kawałków (najdłuższy trwa niecałe trzy minuty) opartych tylko i wyłącznie na gitarze akustycznej oraz przyciszonym wokalu dosyć szybko się nudzi. Rozbudowane ich do pełnych rozmiarów z szerszym instrumentarium mogłyby stanowić ciekawszą opcję, w związku z czym trudno uniknąć uczucia niedosytu. I można sobie łatwo wyobrazić jak te utwory brzmiałyby na albumie Yeah Yeah Yeahs z gitarą Nicka Zinnera, która mogłaby przyczynić się do powstania nagrania na miarę „Maps”.

 

Nie ma więcej wpisów