music is ... muzyka z najlepszej strony.

Daniel Spaleniak: „Nie chciałbym nikogo okłamywać swoimi piosenkami”

Daniel Spaleniak / fot. ovors

Daniel Spaleniak / fot. ovors

Pojawił się pewnego dnia i mocno namieszał – w głowach i sercach słuchaczy. „Jest z Łodzi i gra piosenki”. Gra, śpiewa i czaruje swoim głosem. Przed koncertem na gdańskim Soundrive Festivalu opowiedział m.in. o tym, czego poszukuje w muzyce i ile tak naprawdę ma wspólnego z Bon Iverem. Daniel Spaleniak – najciekawszy debiutant roku.

musicis.pl: Masz 21 lat, dwie EP-ki na koncie i długogrający debiut. Całkiem niezły dorobek. Kiedy sięgnąłeś po gitarę?

Daniel Spaleniak: Kiedy miałem rok (śmiech). Naprawdę! Mój tata grał na gitarze, mam gdzieś zdjęcie, na którym gitara jest większa ode mnie. Komponować zacząłem, kiedy miałem 15 lat. Ojciec kazał grać mi covery, które raczej nie sprawiały mi przyjemności – wolałem improwizować.

musicis.pl: Buntowałeś się?

D.S: Tak, na początku grywałem piosenki ze śpiewników, później sięgnąłem po ambitniejsze rzeczy np. „Pod papugami” (śmiech). Później tata stwierdził, że może coś jeszcze ambitniejszego, jak „Hey Jude”. W końcu miałem dość grania cudzych piosenek. Chciałem wreszcie zrobić coś swojego i uwolnić te wszystkie pomysły, które we mnie siedziały.

musicis.pl: Kiedy pierwszy z nich przybrał postać pełnoprawnego utworu?

D.S: Mniej więcej, kiedy miałem 15 lat. Trudno nazwać to utworami, bo tak naprawdę to były tylko próbki. Pełnoprawne utwory pojawiły się dopiero na pierwszej EP-ce. Wcześniej to były jedynie krótkie formy.

musicis.pl: Po ostatniej płycie Bon Ivera nastał „trend” na granie muzyki akustycznej, folkowej. Kiedy sięgałeś po gitarę, nie miałeś obaw, że zostaniesz wrzucony do tego samego worka? Nie pytam o to
w kontekście inspiracji, a jedynie potrzeby grania właśnie takiej muzyki.

D.S: Tak naprawdę w ogóle nie znam Bon Ivera. Porównują mnie do niego, mówią, że się nim inspiruję, a ja nie znam ani jednej jego piosenki. Kiedy zaczynałem tworzyć nie miałem planów, żeby wydawać swoją muzykę. Marzyłem o tym, ale nie sądziłem, że się uda i to tak szybko. Cały czas robię tylko to, co lubię, więc nie przejmuję się szufladkami i porównaniami.

musicis.pl: Kiedy tworzyłeś pierwsze utwory, nie śpiewałeś, a jedynie grałeś. Co sprawiło, że postanowiłeś sięgnąć po mikrofon?

D.S: Do pewnego momentu wydawało mi się, że to, co tworzę jest kompletne. Dopiero później przyszedł taki moment, kiedy stwierdziłem, że chyba jednak czegoś tu brakuje i zacząłem używać swojego głosu, jako kolejnego instrumentu.

musicis.pl: A potem zacząłeś poszukiwać swojego sposobu na śpiewanie…

D.S: Tak, ale to też przyszło dość naturalnie. Nigdy specjalnie się nie wysilałem poszukując wysokich czy niskich tonów. Po prostu nagrywałem to, co w danym momencie mi się spodobało.

musicis.pl: Teraz Twoja barwa głosu stała się Twoim znakiem rozpoznawczym.

D.S: Tak! To mnie bardzo cieszy. Na początku byłem tym zaskoczony, bo tak jak mówiłem, nie przykładałem do tego większej wagi, a jednak zostało to docenione i pojawiły się bardzo dobre opinie w recenzjach i u słuchaczy, więc tym bardziej to dla mnie motywujące.

musicis.pl: Czego poszukujesz w muzyce?

D.S: Wydaje mi się, że szczerości. To jest dla mnie najważniejsze. Muzyka musi być szczera, a emocje i uczucia
w niej zawarte prawdziwe. Nie chciałbym nikogo okłamywać swoimi piosenkami.

musicis.pl: Twoja twórczość jest bardzo intymna, ascetyczna, chłodna. Pierwszy raz, kiedy zetknęłam się z Twoimi utworami od razu na myśl przyszła mi Islandia. Wiem, że w Twoim przypadku to żadne odkrywcze skojarzenie, ale wydaje się, że jednak masz z tym krajem trochę wspólnego. Ostatnio nawet go odwiedziłeś. Szukałeś inspiracji?

D.S: (śmiech) To prawda, odwiedziłem Islandię, ale chyba właśnie dlatego, że tak dużo mówiło się o mnie w kontekście tego kraju. Tak naprawdę, to ta inspiracja spotkała mnie i dopiero potem się tam znalazłem. Nie szukam specjalnie inspiracji, ale jeśli trafia się okazja by odwiedzić ciekawe miejsce, to chętnie z tego korzystam. Tak właśnie było z Islandią, kiedy pojawiła się ta „łatka” postanowiliśmy z Weroniką, moją dziewczyną, się tam wybrać, zwłaszcza, że ona zawsze chciała tam pojechać.

musicis.pl: Teledysk do „My name is wind” kręcony był w Szwecji. Kolejny ukłon w stronę Skandynawii?

D.S: W rzeczywistości to znowu sprawka mojej dziewczyny Weroniki, która odpowiada za stronę wizualną mojej twórczości. Od dawna interesowała się Skandynawią i tym klimatem, dlatego postanowiliśmy nakręcić klip do pierwszego singla właśnie tam.

musicis.pl: Z tego co mówisz wynika, że większość elementów Twojej twórczości jest kwestią przypadku. Oglądając Twoje klipy nasunęła mi się myśl, że być może masz na to koncept. Większość Twoim obrazów utrzymana jest w podobnej konwencji – melancholijne, zdystansowane, przedstawiające Ciebie w lesie, pustym mieszkaniu. Chcesz w ten sposób zwrócić na coś uwagę czy to też kwestia przypadku?

D.S: Szczerze mówiąc, to po prostu pasuje (śmiech). I chyba właśnie o to w tym chodzi. Wszystko wymyślamy razem z Weroniką, ale to ona w całości tworzy warstwę wizualną. Ja sam nigdy nie próbowałem dopisywać do muzyki i teledysków jakiejś filozofii. Stawiam na szczerość i tak naprawdę pozostałe elementy same się dopasowują, tworząc właśnie taką całość.

musicis.pl: Wielokrotnie wspominałeś, że płytę stworzyłeś z zaprzyjaźnionymi ludźmi. Nie masz zaufania do muzyków?

D.S: Zawsze robiłem muzykę sam i trochę nie wyobrażam sobie współpracy z kimś obcym, bo zawsze próbowałbym coś zmieniać, poprawiać. Myślę, że jestem trochę bezkompromisowy w tym temacie, dlatego bezpieczniej jest, kiedy sam nad tym czuwam.

musicis.pl: Na koncertach jednak towarzyszy Ci zespół. Narzucasz im swoją wizję aranżacji?

D.S: Bardzo staram się tego nie robić. Raczej proponuję, w którą stronę powinniśmy pójść przy konkretnym utworze. Jednak i tak dużo eksperymentujemy. Wcześniej grałem z innymi muzykami, teraz mój zespół się zmienił, a wraz z nim te piosenki. Sam jestem zdziwiony, na jak wiele sposobów można je zagrać.

musicis.pl: W wakacje udało Ci się zagrać kilka koncertów na festiwalach, na których bardzo chciałeś wystąpić. Jak czujesz się przed dużą publicznością?

D.S: To zależy. Czasem sam siebie zaskakuję. Grając np. na Open’erze nie stresowałem się w ogóle. Z kolei dając koncert solowy w Warszawie zaczynałem panikować. Nie lubię być w centrum uwagi, to pewnie dlatego. Cudownie jest grać dla kilkuset osób, to świetne doświadczenie. Często przed koncertami w myślach proszę, żeby przyszło tylko kilka osób, bo po co tak dużo. Jak przyjdzie tylko kilka i mi coś nie wyjdzie, to będą widziały to tylko 4 osoby,
a nie 100 (śmiech). Podświadomie wolę grać dla małej publiczności, bo jest mniejsza odpowiedzialność. I tym sposobem wychodzi na to, że wcale nie lubię grać dużych koncertów, a to nieprawda (śmiech). To skomplikowane.

musicis.pl: Jak zapowiada się dla Ciebie jesień? Będzie można zobaczyć Cię w małych przytulnych klubach?

D.S: W małych i w dużych chyba też. Zapowiada się kilka większych miast m.in. Kraków i Wrocław, więc myślę, że okazji do spotkań będzie sporo. Szczegóły pojawią się wkrótce.

musicis.pl: Pracujesz już nad nowym materiałem?

D.S: Tak, część tych utworów już miałem opracowane z moim poprzednim zespołem, teraz jednak musimy jeszcze trochę nad nimi popracować. Na razie gramy tylko dwa nowe numery, w tym nasz ulubiony „I’m Gone”.

musicis.pl: Jeżeli miałbyś opisać różnicę między Twoją muzyką „albumową”, a tą którą możemy usłyszeć na żywo, na co zwróciłbyś szczególną uwagę?

D.S: Myślę, że różnica jest w ludziach. Nie jestem już sam, tylko są trzy dodatkowe osobowości i każda z nich wnosi coś od siebie. Jest inaczej, ale też podobnie. I w tym tkwi cały sekret. Nie chodzi o to, by odtworzyć dokładnie tak samo te utwory – czułbym się wtedy, jakby ktoś puścił głośniej płytę. To bez sensu. Trzeba przyjść na koncert i to poczuć, usłyszeć.

musicis.pl: W jednym z wywiadów powiedziałeś takie ładne zdanie, że dobra muzyka znajdzie swoją drogę, by dotrzeć na szczyt – choćby ten mały. Ty już osiągnąłeś ten swój mały szczyt?

D.S: Myślę, że tak, choć jestem człowiekiem, który cały czas chce się rozwijać i iść do przodu. Swój mały szczyt już osiągnąłem i potrafię sie z niego cieszyć, nie uważam się jednak za gwiazdę. Zawsze czuje się niekomfortowo, kiedy spotykam znajomych z liceum, którzy mi gratulują, jakbym zrobił nie wiadomo jaką karierę… Ja zagrałem tylko kilka koncertów (śmiech). To jest właśnie ten mój malutki szczyt.

musicis.pl: A następny?

D.S: Mam nadzieję, że będzie wyższy.

musicis.pl: I tego Ci życzę.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...