Do tej pory gdańskie B90 komplet publiczności miało tylko 2 lub 3 razy – m.in. na Bonobo czy Behemot. Koncert GusGus był kolejnym, który wypełnił stoczniową halę po brzegi. I chyba ten występ będzie najbardziej komentowany i długo wspominany.

Zanim jednak na scenie pojawiła się główna gwiazda wieczoru, swój set zaprezentował brytyjski duet Alice Smith & James Orvis, czyli PARIS XY. Wybór tego projektu na „rozgrzewacza” okazał się strzałem w dziesiątkę. Nienachalna, bardzo intrygująca, transowa elektronika podszyta elementami techno, nie zmęczyła, a skutecznie rozruszała publiczność. PARIS XY broni się ciekawą kompilacją instrumentów połączonych z żywym wokalem. Muzyka laptopowa doprawiona psychodelicznym głosem Alice w najlepszych momentach przypominała ścieżkę dźwiękową z „Resident Evil”. Jednak cała zabawa zaczynała się dopiero, kiedy James Orvis chwytał za gitarę
i preparował dźwięki te najbardziej poruszające, przyprawiające o dreszcze. Genialne „The Vigil” przywodzące na myśl The Cure z czasów „Pornography”, to zapowiedź ogromnego potencjału projektu, który wierzę, że dopiero rozwija skrzydła. Mają bardzo dużo do powiedzenia i to w bardzo nieoczywisty sposób.

Półgodzinna przerwa i szczęśliwie bez opóźnień na scenie pojawiła się połowa islandzkiego GusGus. Enigmatyczny Birgir Þórarinsson w szpilkach i prześwitującej pelerynie wraz z towarzyszącym mu Stephanem Stephensenem
w kolorowym wąsie rozpoczęli hipnotycznym „Mexico”, a następnie od razu mocnym „This Is Not The First Time”, na którym pojawił się Daníel Ágúst Haraldsson. I to właśnie on porwał wszystkich do tańca. Człowiek, który naprawdę czuje to, co robi i daje się temu absolutnie porwać.

Później zapanował już absolutny trans i czyste szaleństwo na parkiecie. Doskonale wymieszane utwory
z najnowszego krążka – „Sustain”, genialne „Airwaves” czy „God Application”. I właśnie na tym utworze GusGus pojawiło się na scenie w komplecie. Długowłosy Högni Egilsson to bez wątpienia najłagodniejszy element projektu. Kołysze, czaruje, subtelnie kokietuje publiczność, a ta wcale się przed tym nie broni. Po „Airwaves” największą energetyczną petardą okazał się pierwszy singiel z płyty „Obnoxiously Sexual”. To był właśnie ten moment, w którym tańczyć zaczęli absolutnie wszyscy – począwszy od publiczności, a skończywszy na ochronie i fotografach. Transowa ekstaza przeciągnięta została w „Over”, którego tekst, jak się okazało był bardzo dobrze znany fanom grupy. Przy okazji integracji z publicznością, muzycy wyrazili swój zachwyt wobec Polski, szczególnie Gdańska i „so nice people”.

Większość ze zgromadzonej publiczności spodziewała się raczej krótkiego, nieco ponad godzinnego występu. Tymczasem GusGus na scenie B90 czuło się tak dobrze, że na bis zaserwowali aż 3 utwory, w tym wyjątkowe, zagrane tylko na klawiszach „This Is What You Get When You Mess With Love”. Tym samym dostaliśmy 2 godziny świetnie przygotowanego setu, doskonale skomponowanych rytmów z pogranicza techno, house’u i trip-hopu, które w przestrzeni B90 po raz kolejny zabrzmiały absolutnie wyjątkowo. Jeżeli do tej pory Islandia kojarzyła się tylko ze smutnymi piosenkami, to po tym koncercie z całą pewnością przestanie.

Nie ma więcej wpisów