music is ... muzyka z najlepszej strony.

Royal Blood

Royal Blood Royal Blood

data premiery: 2014-08-25
wydawca: Warner Music Poland

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 20 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Kiedy myśli się o muzyce gitarowej do głowy wpadają od razu smaczne, soczyste riffy przeplatające się z ciągnącymi się solówkami, podbudowane wyraźną linią basu w towarzystwie nadającej tempa wszystkiemu perkusji. Ale muzyka gitarowa bez gitary? To w ogóle możliwe? Royal Blood udowadniają swoim (jakby na to nie spojrzeć) innowacyjnym podejściem, że możliwe jest wszystko. Nawet to, że bas brzmi jak gitara, a duet jak kwartet.

Energia jaka drzemie w tej dwójce znajduje swoje ujścia na koncertach, co potwierdził między innymi ich występ na Open’er festiwalu, po którym siłę oddziaływania ich muzyki na publiczność głównie dotkliwie odczuła podłoga na malutkiej Alter Stage. Nie łatwo takie pokłady ładunków wyskokowych, jakie serwują nam ci panowie, zamknąć na jednym krążku. Ale już od otwierającego album „Out of the Black” każdy kto sięgnął po debiut Royal Blood wie, że następne godziny upłyną pod znakiem soczystego, garażowego rocka przepełnionego niesamowicie silnym brzmieniem. Piszę godziny, bo gwarantuję każdemu, że na jednym przesłuchaniu krążka się nie skończy.

Można się czepiać, że to nie ten sam poziom ładunku elektrycznego jaki uderza słuchacza podczas spotkania z muzykami oko w oko, lecz po co, skoro i tak płyta broni się sama. Agresywna gitara, która tak naprawdę jest basem, łamiąca się, i z pozoru chaotyczna perkusja oraz nieco szaleńczy wokal przypominający Jacka White’a skrzyżowanego z Mattem Bellamym – to właśnie esencja Royal Blood.

Kiedy słucha się tego albumu kawałek po kawałku, ciągle na myśl przychodzą kolejne skojarzenia z koncertowymi wyjadaczami spod znaku Queens Of The Stone Age czy wszelkich projektów wspomnianego już wyżej Jacka White’a. Jednak nie są to skojarzenia na zasadzie kopiuj-wklej. Tu po prostu słychać, czym skorupka nasiąknęła za młodu. Panowie z pewnością nikogo nie próbują naśladować, w każdym momencie słychać i czuć, że z tej muzyki epatuje ogromna szczerość i zaangażowanie. Mimo, że utwory takie jak „Little Monster”, „Figure it Out” czy „Come on Over” brzmią przebojowo, to zespół nie idzie po linii najmniejszego oporu. Panowie stronią od prostych rozwiązań i nie sposób tu szukać przebojowości spod znaku muzyki popowej. Jednak melodia każdego kolejnego numeru wciąż wpada w ucho z prędkością światła i już po pierwszym przesłuchaniu można złapać się na cichym podśpiewywaniu jednego czy drugiego kawałka.

Cała płyta usiana jest potencjalnymi singlami, począwszy od pierwszego numeru, a na fenomenalnym „Ten Ton Skeleton” i „Better Strangers” kończąc. Nic więc dziwnego, że panowie swoim pojawieniem wywołali niemałe zamieszanie. Teraz należy mieć nadzieję, że Royal Blood nie dopadnie syndrom drugiej płyty (a przyznam, że przy tak dobrym debiucie ciężko będzie im utrzymać poziom, a co dopiero go przebić) i oby duet ten szybko powrócił na swój własny koncert w klubie mieszczącym więcej osób niż namiot Alter Stage. Z pewnością się im to należy, a i ze zgromadzeniem publiki nie powinno być problemu.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...