„Nazywam się Organek i mam w sercu ranę…” – Tymi słowami przywitał się z publicznością Organek w Sali Wielkiej Centrum Kultury Zamek w Poznaniu.

W sobotę 27 września w samej stolicy Wielkopolski działo się wiele, jednak Ci, którzy postanowili wybrać się na koncert do Zamku z pewnością nie wyszli zawiedzeni. Jako rozgrzewacz wystąpił zespół Omni mOdO, który rozpalił publiczność do czerwoności. Połączenie mocnych, agresywnych gitar z lekko chrypiącym wokalem w ich wykonaniu to prawdziwa bomba. Na spory plus zasługuje kontakt z publiką podtrzymywany przez człowieka grającego, jak sam przyznał, na „zamieszaniu” Daniela Moszczyńskiego. Panowie – plus kruszynka kryjąca się za perkusją – mają w sobie tyle energii, że z powodzeniem mogliby zasilać kilka średniej wielkości miast, a pewnie jeszcze sporo zostałoby jej w zapasie.

Support był jednak miłym dodatkiem (nawet bardzo miłym) do tego, co czekało nas później. Dziwnie jest mi nazwać Organka „gwiazdą wieczoru” bo takie określenie (mimo, że właśnie taką funkcję, jakby na to nie spojrzeć przyszło mu pełnić) zupełnie nie pasuje do jego osoby. Ot zwyczajny chłopak, którego muzyka epatuje niesamowitą szczerością, a który podczas koncertu nie udaje kogoś kim nie jest. Przynajmniej takie odnosi się wrażenie, że każdy ruch, każdy gest i każdy dźwięk to po prostu on. Wcale nie taki głupi jakby się mogło zdawać. Jego szczerość dodatkowo ubrana jest w bardzo apetyczne i porywające riffy. Na dzień dobry zagrane „Nazywam się Organek” pokazało, że płyta ukazuje zaledwie znikomy procent energii jaką jest w stanie wygenerować Organek wraz z zespołem.

Każdym kolejnym utworem Organek skradał serca coraz bardziej. To kolejny artysta z kategorii „nie ma ściemy”, w dodatku piekielnie utalentowany. Ale w końcu na scenie nie stał tylko i wyłącznie Organek, chociaż to on pożerał niemal całą uwagę publiczności. Za sukcesem tego koncertu stoją także muzycy schowani w kłębach dymu i oświetlani już nie tak jasnym światłem. Skład Tomasz Lewandowski, Adam Staszewski i Robert Markiewicz odwala kawał świetnej roboty, całość działa jak jeden dobrze naoliwiony mechanizm, ale nie zrozumcie mnie źle – ich gra nawet w najmniejszym stopniu nie jest mechaniczna. Panowie działają jak jeden organizm, gdzie każdy narząd wspomaga drugi i na odwrót. Chapeau bas dla pana perkusisty, który bezlitośnie znęca się nad bębnami jednak generuje tym samym taką energię i gra z takim zaangażowaniem, że aż żal oczy odrywać.

Nie dziwi mnie szczególnie fakt, że to „Kate Moss” wywołała największe poruszenie podczas całego koncertu – w końcu ta piosenka sama wwierca się w głowę i nie chce z niej wyjść, w dodatku to niezaprzeczalnie największy hicior na całym albumie. Jednak dla mnie jednym z cudowniejszych momentów wczoraj był cover utworu pt. „Ta nasza młodość” do muzyki Zygmunta Koniecznego i słów Tadeusza Śliwiaka. Przysięgam – to był moment, w którym miałam ciarki na całym ciele, a kiedy pojawiają się ciary, znaczy, że jest dobrze. Nawet lepiej niż dobrze. Absolutnie urzeczona tą wersją znanego mi kawałka, chciałam ją znaleźć gdzieś zarejestrowaną właśnie w wersji Organka, ale to nie to samo. To kolejny argument przemawiający za tym, że tego artystę trzeba słuchać na żywo, a nie na nagraniach, bo bezlitosne maszyny zabierają mu to magiczne coś, którym Organek tak perfekcyjnie wypełnia koncertowe sale po brzegi.

Chyba nie sposób nie wspomnieć tu o uroczych anegdotkach opowiadanych między kawałkami, które sprawiły to, o czym napisałam na samym początku – ciężko mówić o Tomaszu jako o „gwieździe” bo ten chłopak w żaden sposób nie „gwiazdorzy”. Wszystkie opowieści z trasy, reakcja mamy na tytuł płyty i „Matka Boska Kate Mossowska” – może się komuś skojarzą z lekkim sucharem, ale dla mnie są raczej dowodem na to, że mamy do czynienia z prawdziwym, szczerym, mającym specyficzne poczucie humoru człowiekiem, a nie wyprodukowanym przez speców od wszystkiego produktem.

Po koncercie mogę przyznać, że tak jak Organek mam w sercu ranę… Jestem jednak pewna, że z całkiem innego powodu – u mnie jest to wielki smutek, że ten koncert musiał się skończyć. Nie ma więc innej rady, jak zaprosić Organka do Poznania ponownie. Ci, którzy nie pojawili się w Zamku będą mieli okazję wszystkie straty nadrobić, a Ci, którzy byli – przyjdą ponownie. Tego jestem w stu procentach pewna.

Nie ma więcej wpisów