Pięć lat temu dwudziestolecie swojej działalności wytwórnia Warp hucznie świętowała w Paryżu, Sheffield, Nowym Jorku, Londynie, Tokio i Berlinie. W tym roku zaszczyt ten spadł na Polskę – Warp 25th Anniversary było jednorazowym wydarzeniem na skalę światową, które zakończyło tegoroczną, dwunastą już edycję krakowskiego Sacrum Profanum.

Wywodząca się z Sheffield wytwórnia jest najlepszym potwierdzeniem faktu, że we współczesnej elektronice tłocznie płytowe pełnią równie ważną rolę co artyści. Na długo wyczekiwanym jubileuszu pojawić się mieli więc zarówno wykonawcy związani z Warpem od początków jego istnienia, jak i najnowsi współpracownicy, tworzący w całości wyjątkową selekcję najbardziej wpływowych muzyków i nadziei nowej elektroniki. Naprawdę ciężko pozostać obojętnym wobec takich nazwisk jak Autechre, Battles, Darkstar, Rustie czy Hudson Mohawke, zaproszonych na Warp25.

Samo ulokowanie imprezy w położonym nad samą Wisłą, wyjętym jeszcze jakby z poprzedniej epoki hotelu Forum zdawało się być trafnym wyborem – opuszczony na co dzień budynek nadal robi ogromne wrażenie, a swoim wystrojem przywołuje jednocześnie skojarzenia z postmodernizmem, Polską Ludową, disco i cyber punkiem: lastryko, stare szatnie, boazeria na ścianach, zakurzone rośliny, wiszące kule i ogromne przestrzenie sal, idealnie wpasowujące się w klimat wydarzenia. Jak widać, ta rocznica miała więc nie tylko ogromny potencjał artystyczny, ale również doskonałe warunki do zagospodarowania, co nie zostało niestety w pełni wykorzystane. Nie piję tu nawet do odwołanego w ostatniej chwili występu Rustiego, który niewątpliwie był dużą stratą, ale o całościowy brak zaskoczenia, jakąś ogólną muzyczną zachowawczość i brak logiki w organizacji. Niemniej jednak całość cieszyła się od początku niesłabnącym zainteresowaniem, o czym świadczyć mogą wyprzedane bilety oraz wypełniony po brzegi Hotel Forum – według szacunków organizatorów bawiło się tam ponad dwa i pół tysiąca osób.

Wieczór z Warp25 rozpoczął się od bardzo pozytywnie przyjętego odsłuchu najnowszego albumu „Syro” Aphexa Twina oraz setu Miry Calix w Forum Przestrzeniach, która miała okazję zaprezentować się też dzień wcześniej w teatrze Łaźnia Nowa na Warp Works & 20th Century Masters w nieco bardziej eksperymentalnej, nieklubowej odsłonie. O 22:30 na scenie Room1 pojawił się pierwszy zespół występujący na żywo – Battles, który zarówno albumowo, jak i wersji live całkiem nieźle poczyna sobie bez Tyondaia Braxtona. Niestety dość płaski pokój bez podwyższenia nie dał możliwości napawania się nieokiełznanym instrumentalnym zagrywkom grupy, co odebrało zdecydowanie sporo frajdy z odbioru i tak kapitalnego koncertu, pełnego szalonych bębnów, przesterów gitarowych i psychodelicznych pętli.

Darkstar, występujący zaraz po pattenie w Room2, niczym z kolei nie przypominali swoich albumowych dokonań, serwując publiczności mało dynamiczny, ciężki i monotonny set, który zawiódł zapewne wszystkich tych liczących na pojawienie się „Aidy’s Girl is a Computer” czy melancholijnego „Timeaway”. Wysoka poprzeczka została za to postawiona przez LFO, który swoim motorycznym występem przypomniał o rave’owych klimatach imprez sprzed dekady i skutecznie zadbał, by parkiet zatracił się między ciętymi beatami. Niesamowitym atutem energetycznego i zapętlającego się actu LFO są psychodeliczne, niemal epileptyczne wizualizacje w wysokiej częstotliwości, fantastycznie komponujące się z szaleńczym tempem muzyki londyńczyków.

Niekwestionowanym numer jeden wieczoru był według mnie jednak Autechre, którzy tak jak zwykle w czasie swoich występów, grali w całkowitych ciemnościach, pozwalając w pełni skupić się na swoich oszczędnych, abstrakcyjnych, wydobywanych z chirurgiczną precyzją świdrujących dźwiękach i nakładających się na siebie skomplikowanych strukturach. Było poprawnie, a miejscami nawet zaskakująco, szczególnie, gdy w drugiej części występu pojawiły się linie przypominające nieco abstract hip-hop.

Bardzo żałuję, że Bibio w czasie Warp25 zaprezentował swój dj-ski set, a nie występ na żywo, bo choć nie można odmówić mu było taneczności, rytmiki i fantastycznie reagującej publiczności, to jednak śmiem twierdzić, że jego eksperymentalna folktronica bardziej wpasowałaby się w klimat wieczoru i pewnie niejedna szalałabym przy ulubionym „Lovers’ Carvings”, „Ambivalence Avenue” czy „You”. Wieńczący wieczór Ross Birchard, czyli Hudson Mohawke we własnej osobie, kończył wydarzenie setem, gdzie obfitowały zarówno jego dokonania solowe, jak i obowiązkowe szlagiery duetu TNGHT, który tworzy wraz z Kanadyjczykiem Lunice. Nie zabrakło więc grime’owego „Chimes”, dzikości „Higher Ground” oraz wplatanych kompozycji wielkiego nieobecnego tego wieczoru – Rustie’ego. Niestety, przy całej swoim uwielbieniu twórczości Hudsona Mohawke, jego set mnie wystarczająco nie przekonał – spodziewałam się czegoś więcej niż klasycznej klubowej potańcówki, a niestety tylko to otrzymałam, opuszczając imprezę nieco skonfundowana i rozczarowana.

Warp25 to jedno z tych wydarzeń, które zbiera naprawdę skrajnie różne zdania na swój temat, i niestety zwieńczenie festiwalu Sacrum Profanum nie spełniło całości pokładanych w nim oczekiwań. Zdecydowanie czegoś w tym wieczorze zabrakło – może ekstatycznej radości w obcowaniu z dźwiękami, a może po prostu zaskoczenia i innowacyjności podczas setów? Kwestię tę pozostawiam do własnej interpretacji.

Nie ma więcej wpisów