music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ten magiczny wieczór, kiedy Fismoll przeniósł Palladium pod otwarte niebo…

Fismoll / mat. prasowe

Fismoll / mat. prasowe

O świetnej kondycji polskiej muzyki i jej stale wzrastającej pozycji nie trzeba już nikogo przekonywać. Można powiedzieć, że codziennie gdzieś w opuszczonym magazynie, garażu taty czy na polanie w lesie powstają nowe utwory, którymi zachwycać będziemy się już za kilka miesięcy. W ostatnich latach triumfy święciły głównie elektroniczne duety, które głośno zaznaczały swoją obecność na rynku. Nie zapominając o nich dotarliśmy do momentu, gdzie światła reflektorów przesuwają się w stronę tylnego rzędu. Tam czekają na nas twórcy muzyki znacznie spokojniejszej, którzy nieśmiało szepcząc opowiadają nam swoje historie. Wypełniają przestrzeń muzyką cichszą, lecz nie pozbawioną siły rażenia. Jednym z przedstawicieli tej bardziej lirycznej części młodych zdolnych jest Fismoll, który w miniony piątek wystąpił w klubie Palladium.

Powiedzieć, że Fismoll wystąpił czy zagrał koncert to tak naprawdę nie powiedzieć nic. Tytułowy bohater wraz towarzyszącym zespołem zaczarował warszawski klub. Klub, który podczas tych nieco ponad sześćdziesięciu minut przestał być murowanym pomieszczeniem. Z pierwszymi dźwiękami płynącymi ze sceny dach nad nami otworzył się, ukazując rozgwieżdżone niebo, podłoga pod stopami stała się miękka i nieco wilgotna. Wizualizacje za plecami muzyków sprawiły, że pomimo panującego zaduchu można było poczuć delikatny wiatr, zapach drzew i kwiatów. Kiedy ten obraz stanął przed moimi oczami pomyślałem, że jest to koncert, który idealnie przeżywałoby się na otwartej przestrzeni, siedząc na ziemi i patrząc w gwiazdy, Fismoll jakby czytając w moich myślach zapytał, czy nie zechcielibyśmy usiąść. Tłum siedzący po turecku na podłodze klubu dopełnił mojego wyobrażenia polany, bardzo trafnego zresztą, gdyż tematem przewodnim trasy jest właśnie polana, na której Arkadiusz Glensk, stojący za pseudonimem Fismoll, komponował swój debiutancki album.

Trudno odnosić się do tego wydarzenia w sposób typowo sprawozdawczy. Muzyka jaką prezentuje „At Glade” obdarowuje słuchacza tak silnym ładunkiem emocjonalnym, który dezaktywuje racjonalne myślenie. Arek wielokrotnie podczas przerw między kolejnymi kawałkami powtarzał, że jest romantykiem. Myślę, że tego wieczoru sprawił, że każdy z tam obecnych odkrył w sobie nowe pokłady romantyzmu, zatopił się w marzeniach o wielkim uczuciu. Warto podkreślić, że była to najdziwniejsza widownia, jakiej do tej pory byłem częścią. Cicha i stateczna, a jednocześnie skupiona i zaangażowana za co podziękował nam sam Fismoll. Jednym z najpiękniejszych momentów koncertu był, jak sądzę niespodziewany, bis, którego wysłuchaliśmy w kompletnej ciemności.

Skupiając na chwilę myśli na mniej emocjonalnym spojrzeniu na piątkowy wieczór, trzeba z całą mocą podkreślić, że Fismoll to muzyk fantastyczny. Nie można znaleźć w jego występach żadnego słabego punktu, może poza tym, ze trwają zbyt krótko. Materiał z „At Glade”, na płycie bardzo delikatny, przywodzący na myśl leniwie sunący strumyk na żywo nabiera ogromnej mocy, które trafia bezpośrednio w serce słuchacza. Mieliśmy również szczęście usłyszeć nowe, jeszcze nie zatytułowane kawałki. Zwiastują one delikatną zmianę stylistyczną, gdyż zwracają się one w stronę bardziej zdecydowanych dźwięków. Druga płyta Fismolla ma szanse na nowo zdefiniować pojęcie „power ballada”.

Określenie Arka mianem tytułowego bohatera było zabiegiem celowym, jest on szalenie skromną osobą. Nie raz podkreślił, jak bardzo duże znaczenie ma zespół, który wspiera go w występach na żywo. Po koncercie zaś długo stał w holu klubu rozmawiając z każdym, kto chciał dostać autograf czy zrobić zdjęcie.

Najlepszym podsumowaniem pełnego wzruszeń piątkowego wieczoru w klubie Palladium niech będą łzy, które popłynęły podczas przedostatniej piosenki z oczu dziewczyny stojącej obok mnie i słowa Fismolla, które do niej skierował: „Łzy są ok”.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...