music is ... muzyka z najlepszej strony.

Before Tauron Nowa Muzyka 2015: Taylor McFerrin

Taylor McFerrin / rys. Dawid Ryski

Taylor McFerrin / rys. Dawid Ryski

Przypominając sobie dopiero co zakończoną tegoroczną edycję Tauron Nowa Muzyka, trudno nie mieć wrażenia, że zabawa pod tym szyldem trwa niemal nieprzerwanie przez cały rok. Obrazu kilkudniowej katowickiej imprezy dopełniają bowiem koncertowe dodatki – o ile takim mianem można określić chociażby marcowe, jakże smaczne sety Alexa Banksa czy przede wszystkim Moderata – opatrzone pojęciem before. I w tym kontekście trudno występu Taylora McFerrina nie przypisać raczej do kategorii after, jednak to tylko drobne semantyczne potyczki, które raczej nie powinny zajmowac nikogo, kto zjawił się w Jazz Clubie Fantom.

Gdyby jednak zastanowić się na dłużej nad próbą kategoryzacji występu McFerrina, mogłoby się to okazać zadaniem nieco trudniejszym niż pozornie się wydawało. Wszystko z powodu zaprezentowanych koncertowych nieoczywistości, jakim również po części okazało się zapadające w pamięć wykonanie „Thinkin’ About Your Body” – utworu swojego ojca, Bobby’ego McFerrina.

Już na samym wstępie Taylor zaznaczył, że nasze dzisiejsze wspólne obcowanie z muzyką nie będzie polegało jedynie na bezmyślnym odtwarzaniu tego co przyniósł ze sobą na śnieżnobiałym sprzęcie Apple, a co mogłoby ograniczyć się do większości partii albumu „Early Riser”. Postawienie na swobodę improwizacji było więc w dużej mierze słyszalne. Nie tylko zresztą ze względu na najjaśniejszy punkt programu, jakim okazał się wykorzystywany do stworzenia podkładu beatbox samego muzyka. Zaskoczenie, jakie przyniosła technika i precyzja naśladownictwa dźwięków, które z siebie wydobywał, prowadziła do powstrzymywanej przez słuchaczy ekstazy. Jej upust przynosiło oczywiście zakończenie aplauzem kolejnych słowno-muzycznych sekwencji. Jednak podczas samego występu można było zauważyć oznaki zadowolenia, które objawiały się dającymi się odczytać z ruchu ust (a także nawet usłyszeć) niecenzuralnymi westchnieniami zachwytu nad umiejętnościami muzycznego gościa.

Oprócz polegania na własnym talencie beatboxowym, Taylor McFerrin nie stronił jednak od przedstawienia co ważniejszych elementów swojego debiutu. Brak kobiecych głosów, które przewijały się na płycie nie sprawił tego wieczoru większego problemu, choć chęć usłyszenia na żywo zastąpionego wokalnym samplem „Decisions” czy chociażby utworu „Place In My Heart” pozostawała silna. Mimo tych braków, a dzięki luźnym interpretacjom, została wypełniana pewna luka. Trudno jednak mówić jednoznacznie o rozczarowaniach czy ekscytacjach związanych z dobranym repertuarem, bo pomiędzy kolejne akcenty tegorocznego albumu, McFerrin decydował się na klawiszową dowolność, dobieranie brzmień wyjątkowo niejednoznacznych, w których można było się miejscami doszukać disco spod znaku Todda Terje, jak i mroku czy połamania bitów DJ Shadow. A gdy tylko nie zabierał się za ponury i dosadny wokalny freestyle, czarował soulowym głosem.

I chociaż McFerrin przybył z daleka, to jego obcości w naszej rzeczywistości nie można było doświadczyć. Wytworzona w ciągu kilkunastu minut atmosfera tylko scementowała i tak już wyraźnie skupioną przy jego stanowisku publikę, która im bliżej samego muzyka, tym z większą ruchliwością reagowała na dźwięki. Zresztą, sam muzyk podkreślił żartobliwie, że dzięki przytulności otaczającego go wnętrza kontenerowej przestrzeni – a najbardziej z powodu urokliwej tapety wyłożonej na jej ścianach – czuje się jak u siebie w domu.

A zanim ja znalazłem się w swoich czterech ścianach, próbując analizować wieczorne doznania, chciałem opisać je jako dopełniające dźwięki studyjnego albumu, choć wciąż pozostawiające niedosyt. Trudno jednak mówić w ten sposób o popisie Taylora McFerrina, bo nawet jeśli sam występ miał swoje blaski i cienie, to właściwie nie można go zaliczyć do typowej szufladki koncertu. Być może ze względu na urok i otwartość niespełna trzydziestolatka, które dodały temu nieco ponad godzinnemu setowi czegoś więcej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...