music is ... muzyka z najlepszej strony.

Flying Lotus / mat. prasowe

Flying Lotus You're Dead!

data premiery: 2014-10-06
wytwórnia: Warp Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 14 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

To początek czy koniec? Szaleństwo, a może opętanie? Flying Lotus zapowiadał, że jego muzyka na nadchodzącym albumie ma odzwierciedlać to, co związane jest z życiem po… życiu. Filozoficzne treści zgrabnie przeniósł i wyraził w nowoczesnych brzmieniach, których drogą regularnie podąża, łącząc ze sobą jazz, hip-hop i awangardową elektronikę. 38 minut, 19 utworów, 6 gości specjalnych, 1 płyta. Chcecie przeżyć niebanalne, wyjątkowe doświadczenie i zanurzyć się w elektronicznych dźwiękach aż do utraty tchu? Jeśli tak, to koniecznie posłuchajcie najnowszego dzieła amerykańskiego wizjonera i perfekcjonisty. Flying Lotus i jego „You’re Dead!” kładzie na łopatki.

Steven Ellison aka Flying Lotus już przed premierą najnowszego albumu obiecywał, że fani jego twórczości będą mogli stać się świadkami czegoś niezwykłego. Artysta zapowiedział, że „You’re Dead!” będzie szansą na świętowanie nowej ery doświadczeń, poznanie wszechobecnych przemian i wynikającego z nich zamieszania. Już pierwszy utwór na krążku sugeruje, że właśnie – na swoją odpowiedzialność – wybieramy się w szamańską, diabelską, tajemniczą podróż w nieznane. Muzyczne tornado „Theme” wyraża się w elektrycznych dźwiękach pianina, falujących werblach i jazzowej magii płynącej z wydobywanych się brzmień saksofonu.

Pierwsze cztery utwory są spójnym i płynnym przekazem, w których jazzowe kompozycje mieszają się z mocnymi, perkusyjnymi brzmieniami, wstawkami gitarowymi i efekciarskimi, elektronicznymi dźwiękami. Muzycznym wirtuozjom nie ma granic. Ciepła elektronika miesza się z dźwiękami żywych instrumentów: saksofonem, basem, szybką perkusją czy gitarą, które zmieniają swoje brzmienie w zależności od tempa całego utworu. Wszystkie aranżacje doprawione są solidną porcją nowoczesnych i pozornie niepasujących do siebie dźwięków w charakterystycznym stylu dawnego Flying Lotusa, którego znamy i najbardziej podziwiamy za albumy tj. „Cosmogramma” czy „Los Angeles”.

W środku, jakby ukryte, uzależniające „Never Catch Me” z Kendrickiem Lamarem, które powinno być brane pod uwagę podczas przyznawania nagród za „Piosenkę roku” 2014. Hołd ku czci nieśmiertelności to poezja dźwięków. Gospelowy chórek, dynamiczna „nawijka” Lamara i genialna muzyczna awangarda Flying Lotusa, której nie da się w żaden sposób nigdzie zaklasyfikować. Gdyby można było opisać „Never Catch Me”, biorąc pod uwagę paletę barw, powstałaby z tego kunsztowna, abstrakcyjna mozaika, która mogłaby znaleźć swoje miejsce w najlepszych galeriach sztuki na świecie.

Ostra, hip-hopowa kompozycja „Dead Man’s Tetris” ze Snoop Doggiem i muzycznym alter ego Flying Lotusa, czyli Captain Murphy przypomina mi moje dzieciństwo i pierwszą konsolę do gier. Proste, 8-bitowe dźwięki wpadają w ucho, a wersy przypominają nam, że śmierć dopadnie kiedyś każdego z nas. Po mocniejszych i dynamicznych brzmieniach Ellison zwalnia tempo, serwując nam bajkową balladę z chóralnymi śpiewkami. „Stirring” wprowadza nas w iście magiczny nastrój, za którego głosem serca Flying Lotus podąża również w „Siren Song”. Anielski głos w postaci Angel Deradoorian w piosence „Siren Song” mógłby konkurować z niejedną skandynawską wokalistką.

Wybitnie smaczny „Coronous, the Terminator” to dobra, chilloutowa propozycja, śpiewana aż na trzy głosy. Zagadkowy tytuł, klimat mocno downtempowy i szalenie przypominający mi twórczość Bonobo. Elektroniczny numer „Ready eer Not” to popis kosmicznych dźwięków przy wsparciu keyboardowego pianina. Prostota i powrót do pierwszych komputerowych dźwięków ma swoją kontynuację w „Eyes Above”, które razem z poprzednim utworem naprawdę ciekawie współgra. Nowoczesne jazzowe aranżacje z rewelacyjną grą (wirtuozją) na saksofonie Kamasi’ego Washingtona w „Moment of Hesitation” utwierdza mnie w przekonaniu, że o tym jak łączyć standardy jazzowe ze współczesną elektroniką uczniowie powinni uczyć się od mistrza Flying Lotusa.

„Descent Into Madness” to szaleństwo w wersji Thundercata, który na elektrycznej gitarze basowej potrafi działać cuda. Najlepiej zamknąć na tym utworze oczy i dać się porwać melodii w stylu jazz fusion, który amerykańskiemu multi-instrumentaliście jest naprawdę bliski. Alter ego Ellisona, Captain Murphy objawia się jeszcze w „The Boys Who Died in Their Sleep”, gdzie ledwo słyszalny, poplątany wokal przypomina mi scenę ze znakomitego, trzymającego w napięciu musicalu na West Endzie w Londynie. Ostatnie utwory na piątym longplayu artysty-wirtuoza zamykają wszystko w jednej spójnej i całościowej klamrze kompozycyjnej. Elektryczne pianino, wyciszone i spokojne wokalizy przygotowują nas na ostateczny „The Protest”. Wyobraźnia i zamysł twórcy „You’re Dead” może imponować. Ja, jako słuchacz wiem jedno: jeśli takie dźwięki będą na mnie czekać gdzieś po śmierci, to chyba już jestem na nią gotowa.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...