music is ... muzyka z najlepszej strony.

Statek Matka

Kiev Office Statek Matka

data premiery: 2014-10-24
wytwórnia: Nasiono Records

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 3 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Nowa płyta Kiev Office mnie zaskoczyła. Mając na uwadze zaangażowanie członków zespołu – a zwłaszcza wokalisty, Michała Miegonia – w multum innych projektów (m.in. The Shipyard, Bubble Chamber, Borowski/Miegoń) można było nabrać przekonania, że ten w którymś momencie pójdzie w odstawkę. Tym bardziej, że wydana przed dwoma laty „Zamenhofa”, płyta na którą złożyły się w większości wykopane z piwnicy rarytasy, zwiastowała wypalenie siły twórczej. Tymczasem okazało się, że trójka gdynian postanowiła wrócić do korzeni – czy raczej, nomen omen, muzycznego macierzyństwa – nagrywając album, który urzeka prostotą.

Miegoń, który oprócz komponowania zajmuje się również produkcją muzyczną, niewątpliwie lubi bawić się dźwiękiem. Tym bardziej zaskoczyć może fakt, że „Statek Matka” nie jest produkcyjniakiem, ale płytą nagraną na setkę, garażowo i spontanicznie. Co za tym idzie, większość piosenek jest prosta i oparta na przebojowych melodiach; miejscami, zwłaszcza w „Zawracaniu z wykorzystaniem infrastruktury” (czyżby wspomnienia z kursu prawa jazdy?) czy „Po południu Mechowo”, statek płynie pod banderą punku. Oczywiście, na pokładzie niezmiennie obecni są Pixies – zespół do którego Kiev Office porównywano tak często, że trudno już się przy tej okazji nie zaśmiać. Najwyraźniej trio lubi TE porównania, bowiem gdyby nie różnice lingwistyczne śmiało można by pomyśleć, że niektóre kompozycje na „Statku Matce” wyszły prosto spod ręki zespołu Blacka Francisa.

Album jest bardzo jednorodny i nie uświadczymy tutaj eklektyczności znanej ze świetnego skądinąd „Antona Globby”. Brakuje również wokalu Asi Kucharskiej, która dawniej wzbogacała repertuar o własne, bardzo ciekawe numery i przyjemną barwę głosu. Tutaj basistka ograniczyła się do chórków, spełniających funkcję łagodzącą, nie ukrywam jednak, że chętnie usłyszałbym coś więcej. Z formuły dwu- i trzyminutowych piosenek na całym krążku wyłamuje się tylko „Opat”, instrumentalna kompozycja, która brzmi jak jamujące po godzinach The Cure, oraz znakomite „Girls from Rewa, Boys From Hel”, czyli transowy trip z wiodącą rolą bębnów Krzyśka Wrońskiego.

Teksty tradycyjnie osadzone są w pomorskich realiach i stanowią jedyny w swoim rodzaju muzyczny nośnik współczesnej miejskiej mitologii. To zapis trójmiejskiej codzienności, zniekształconej w psychodelicznym lustrze: historie ludzi, miejsc czy… alkoholowych przygód („Bulwar / Molo”). Chociaż większość z nich będzie zrozumiała zapewne tylko dla autora, niezmiennie pozostają unikalną wizytówką grupy.

Ta płyta jest zaproszeniem na naszą próbę lub koncert. Jeśli ktoś nie może przyjść na naszą próbę lub nasz koncert, może puścić nową płytę i będzie brzmiała dokładnie tak samo, powiedział Miegoń w jednym z wywiadów. Rzeczywiście, chociaż brakuje tutaj bogactwa pomysłów „Antona Globby”, niezmiennie najlepszego krążka w dorobku trio, prostota przekazu i chwytliwe melodie czynią ze „Statku Matki” solidny materiał koncertowy. Bez wielkich odkryć, ale nóżką potupać można.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...