music is ... muzyka z najlepszej strony.

The Ting Tings Super Critical

data premiery: 2014-10-27
wytwórnia: Finca

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 5 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Poprzez „Super Critical” The Ting Tings próbują się zrehabilitować. Nie są już tematyczną wariacją synth-pop-ska-beatie boysowego wydźwięku, którą przybrali na ostatnim albumie. Jules De Martino już nie dobiera się do mikrofonu, a i sama Katie White okazuje się być wokalistką lepszą, niż do niedawna mogłyby na to wskazywać quasi-rapowane wyrzuty treści i jej dotychczasowa maniera. Zamiast tego duet może być postawiony w stan oskarżenia za zupełnie nowe zarzuty – choć być może nie tak karalne jak te z „Sounds from Nowheresville”.

The Ting Tings podejmują ciągłe próby – z jednej strony zaskakiwania dźwiękiem, z drugiej zarażania melodyjnością. I choć to ostatnie działa u nich znacznie lepiej, to dotychczasowa przewaga niekorzystnych elementów niweczy starania o całościową uwagę słuchacza, a nie tą skupioną na pojedynczych muzycznych wybrykach. Owszem, „Do It Again” może być najlepszym numerem od początku ich kariery, z pochłaniającym melodyjnym rytmem, rozczulającym brzmieniem gitary, w który White wpisuje łagodny potok słów. Poskładanie w całość kolejno pojawiających się instrumentów i muzycznych symboli nadaje utworowi wielowymiarowości, tworząc przy okazji chyba najbardziej chwytliwy numer w ich karierze. Druga perła to z kolei „Wrong Club” – vibe lat 90-tych, który częstuje disco, ujmuje prostotą refrenowych odniesień życiowego zagubienia do clubbingu.

Problem z tymi utworami jest jednak taki, że oba skupiają swoją uwagę poprzez bycie singlami, właściwie przeprowadzonym promowaniem wydawnictwa. Cała reszta, mimo pewnej zauważalnej poprawy, zaczyna cierpieć na brak doszlifowania, ba – opieki, próby stworzenia czegoś więcej niż trzyminutowej rozrywkowej i skocznej formy. Plątający się wszędzie basowy podkład, którego gitarowy wybuch słyszymy w dość topornym „Daughter”, jest powtórką „Give It Back” sprzed dwóch lat. „Communication” wchodzi w kompetencje chórkowych, zwiewnych kopii kolejnych singli Kylie Minogue, a funkujące „Failure” i „Green Posion” – nieopatrznie zamykające album – nie przynoszą żadnych wartości, prócz sprawdzenia się przez The Tings Tings w odwzorowaniu muzycznych stylistyk.

Zgromadzone na „Super Critical” metody działań nie prowadzą do tworzenia zapamiętywalnej formy. Utwory ledwie są w stanie uwadać bycie czymś więcej niż nieco niechlujną powtórką z rozrywki, prostym – a być może nazbyt banalnym – chwytem, który każe nam swobodnie wyklaskiwać rytm i wyłączyć zdolność przetwarzania, tworząc złudzenie jakiejś wartości samych kompozycji. Jednak spoglądając na nie przez pryzmat koncertowej zabawy, być może wiele z nich w ogóle na tym nie traci, a sam zespół nie aspiruje do niczego więcej niż utrzymania statusu imprezowego zapychacza.

Tam, gdzie najciekawsze na płycie trio – do którego zalicza się „Wrong Club”, „Do It Again” i tworzące intymną atmosfearę „Wabi Sabi” – tworzy jedenastominutowe zwycięstwo nad treścią kompozycyjną, reszta tego albumu w dużej mierze pozbawiona jest charakteru, podejścia innego niż jak do kolejnych prób modyfikacji własnych najbardziej chwytliwych przebojów. Trudno dostrzec w tym coś więcej, otrzymać pełny portret The Ting Tings. Bo jako grupa odtwórcza sprawdza się raczej dostatecznie niż bardzo dobrze, a jako pomysłowy i świadomy duet – choć tym razem nie katastrofalnie – zawodzi po raz kolejny.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...