music is ... muzyka z najlepszej strony.

Before TNM: Chet Faker w krakowskim klubie Studio

Chet Faker w Soho / mat. prasowe organizatora

Chet Faker w Soho / mat. prasowe organizatora

Muzykę Cheta Fakera poznałam jeszcze przed premierą EP-ki „Thinking in Textures” z 2011 roku i dość szybko zostałam kompletnie oczarowana zarówno przez treść, jak i samą osobę artysty. Nie powinien dziwić więc fakt, że dość intensywnie oczekiwałam momentu, w którym Australijczyk pojawi się w końcu w Polsce. Trochę żałuję, że stało się to dopiero w momencie, kiedy Faker za sprawą swojego debiutanckiego albumu długogrającego „Built on Glass” (wydanego w kwietniu tego roku nakładem wytwórni Future Classic), wdarł się do świadomości bardzo szerokiego grona ludzi i przestał być tym samym artystą niszowym. Oczyma wyobraźni widziałam bowiem jego pierwszy występ w Polsce jako bardzo kameralne wydarzenie w niewielkim przytulnym klubie, a tymczasem przybrał on rozmiary dość monstrualne.

Zainteresowanie dwoma przewidzianymi w Polsce koncertami Cheta Fakera w ramach Before Tauron Nowa Muzyka 2015 było ogromne i zapewne miało na to wpływ odwołanie występu muzyka na otwarciu tegorocznego Taurona. Bilety na oba wydarzenia wyprzedały się dużo wcześniej, a ludzie do ostatnich chwil zażarcie walczyli o wejście kupując je i sprzedając, by ostatecznie stanąć z dumą w niekończących się kolejkach do klubu.

Na obu koncertach funkcję supportu miał pełnić Sid Pong – polski DJ i radiowiec związany z kolektywami Piękni Chłopcy oraz Geek Clique. Zarówno w jednym jak i drugim miejscu rozgrzanie publiczności nie wyszło mu kompletnie, a co gorsza osiągnął skutek zupełnie odwrotny – w Krakowie pokazał się zaledwie na chwilę, pozostawiając poirytowanym widzom na laptopie wygenerowaną wcześniej, dość sztampową playlistę. Sam Chet Faker na scenę wszedł z kilkunastominutowym opóźnieniem, ale i tak przywitały go entuzjastyczne piski i niekończące się brawa.

Bez zbędnego wstępu brodacz zaczął koncert mocnym akcentem w postaci zapętlonego synthowego intro, które stanowiło fantastyczną i zaskakującą dźwiękową inwokację do kolejnych kawałków oraz jednocześnie ukazało kunszt i profesjonalizm artysty, który nadal samodzielnie zajmuje się produkcją. Zaprezentowane później utwory zostały specjalnie dostosowane na potrzeby występu na żywo poprzez przekształcenie ich na materiał bardziej taneczny z wyraźnie zarysowaną, hipnotyczną linią basową. Ostatecznie nabrały też nowego blasku bez utraty charakterystycznej smutnej wrażliwości i zmysłowości, tworzącą bardzo znaczącą cechę dystynktywną jego twórczości.

Euforycznie została przyjęta zarówno nowa wersja „Blush”, jak i długo wyczekiwany „1998″ z nawarstwiającym się przeszywającym instrumentarium oraz anielską wokalizą Cheta, wspomaganą skutecznie przez publiczność skandującą za nim entuzjastycznie We used to be friends. We used to be inner circle.
Artysta nie zapomniał też o doskonale znanych kawałkach z EP-ki „Thinking in Textures”- najpierw wybrzmiało „I’m into You”, które z subtelnej pościelówki zamieniło się w groove’ujący miotacz, a zaraz za nim pojawiło się przejmujące „Terms and Conditions” – osobiście mój ulubiony utwór z repertuaru Australijczyka, niezmiennie rozczulający i wzruszający do granic możliwości. Całkowicie zrozumiałe było również szaleństwo na nastrojowym coverze Blackstreet „No Diggity”, który przyniósł Australijczykowi ogólnoświatową popularność. Dość luźna improwizacja dźwiękowa i wokalna oraz rytmiczny taniec artysty nie pozwoliły oderwać od sceny wzroku.

To jednak „Cigarettes and Chocolate” oraz „Drop the Game”, pochodząca ze wspólnej EP-ki „Lockjaw” stworzonej wraz z Harleyem Stretenem, znanym bardziej jako Flume były idealną pochwałą i dowodem, że Chet Faker swobodnie czuje się podczas zabawy z elektroniką. Zaprezentowany pierwszy raz na żywo, niezatytułowany jeszcze utwór – pełen połamanych bitów i przestrzennych mostów – dodatkowo utwierdził mnie w przekonaniu, że doskonale sprawdziłby się on jako DJ i kibicowałabym mu serdecznie, gdyby wpadł na pomysł prezentowania zmiksowanych setów za konsolami.

Mocno zapadające w pamięć było niecodzienne wykonanie ostatniego utworu, „To Me”, podczas którego artysta najpierw poprosił o zgaszenie wszystkich świateł, a gdy zapadły całkowite ciemności, początkowo nagrywał na żywo swój wokal, wykorzystując go potem jako sampel w dalszej, mocno rozbudowanej części utworu.
Po gromkich oklaskach Chet pojawił się na scenie jeszcze na dwie bisowe piosenki. Nie mogło przecież zabraknąć seksownego „Gold” oraz „Talk is Cheap”, kiedy to masywna elektronika ustąpiła miejsca loungowej akustyce, gdzie główną rolę grał jego głos otulony delikatnym akompaniamentem pianina oraz wzbogacony o wokale publiczności wiernie odtwarzającej tekst refrenu.

Krakowski koncert Australijczyka trwał niewiele ponad godzinę, co mimo zaprezentowanego wysokiego poziomu pozostawiło na wielu odbiorcach pewien niedosyt. Sam artysta wydawał się być wyczerpany i mocno zmęczony, co odbiło się też na setliście – uboższej o dwa utwory w porównaniu do warszawskiego występu dzień wcześniej. I choć nie pojawiło się „Everything I Wanted”, to ja z czystym sercem mogę powiedzieć, że dostałam naprawdę wszystko, czego tego wieczoru chciałam.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...