Pomimo lat spędzonych w Berlinie popularność Julii Marcel wciąż nie wykracza poza granice Polski. Z jednej strony szkoda bo zasługuje ona na międzynarodową rozpoznawalność, z drugiej – lepiej dla nas, bo wciąż mamy ją prawie tylko i wyłącznie dla siebie. Po wydaniu „Sentiments”, trzeciego w jej karierze krążka, wokalistka najpierw ruszyła promować go w Polskę, a koncerty zagraniczne zostawiła na później. Na sam występ, aby posłuchać nowego materiału warto się wybrać, bowiem Julia wraz ze swoim zespołem osiągnęli poziom naprawdę imponujący.

W nowych piosenkach słychać inspiracje Bat For Lashes (subtelna „Maryanna”), czy nawet PJ Harvey („Piggy Blonde” zawiera pewną dozę typowego dla Brytyjki niepokoju), ale przede wszystkim jest tam sama Julia – ostra i stanowcza jak nigdy dotąd. Krótkie trailery zapowiadające album wzbudziły moje zainteresowanie przede wszystkim ze względu na gitarowy hałas, którego na wcześniejszych nagraniach próżno szukać. Na „Sentiments” punkowy duch objawia się m.in. w „Teacher’s” gdzie zespół zdołał uchwycić i zarejestrować energię charakterystyczną dla występów na żywo, a tekst, jak przystało na punkowy kawałek, brzmi dosyć buntowniczo (I swear I’ve grown out of your reach). Ostro i intensywnie brzmi również „Cincina”, chociaż mimo że to jedyny kawałek zaśpiewany po polsku, to nie zachwyca oryginalnością.

„Dislocated Joint” oraz „Lost My Luck” zgłębiają temat wyobcowania oraz samotności, chociaż w końcówce tego ostatniego pojawia się iskra nadziei (you can always find me here, I’ll do what I can). O ile ten pierwszy utwór oparty jest na łagodnym dźwięku pianina to ten drugi zgłębia brudne, garażowe brzmienie gitary, a także eksponuje doskonałą sekcję rytmiczną. Jednak moim absolutnym faworytem jest „Piggy Blonde”, gdzie ponuremu tekstowi towarzyszy równie mroczne i psychodeliczne brzmienie uwieńczone dramatycznym finałem, a uroku dodaje melancholijny dźwięk gitary lap steel, na której gra sam Christoph Hahn – członek Swans oraz Angels of Light.

Już na „June” echa fascynacji twórczością Bat For Lashes były dosyć ewidentne („I Wanna Get on Fire”), zresztą obie mają ze sobą wiele wspólnego, ale podczas kiedy Natasha Khan na ostatnim krążku wyraźnie zwróciła się w stronę elektroniki, Julia Marcell wybrała gitary. Mimo to polska wokalistka zupełnie nie odżegnuje się od twórczości Khan, bo subtelna, zagrana na pianinie „Maryanna” swobodnie mogłaby znaleźć się na albumie tamtej, zaraz obok „Laury” czy „Marilyn”.

Pośród mroku i smutku, którego na „Sentiments” nie brakuje można odnaleźć także jaśniejsze momenty, do których bez dwóch zdań należy prześmiewczy „Manners”, gdzie już w otarciu objawia się zabójcze poczucie humoru autorki tekstu (I’ve got all this love to share but Jesus guards my underwear).

Na żadnym z dwóch poprzednich wydawnictw Julii Marcell nie było tyle smutku i braku nadziei w tekstach, ani tyle melancholii w brzmieniu. Lecz ta nowa, smutniejsza Julia jest bez wątpienia bardziej wyrazista, a jej utwory posiadają silny charakter i trzymają w napięciu od początku do końca.

Nie ma więcej wpisów