Dziękuję! Wrócimy tak szybko, jak to możliwe. – tymi słowami Jack White kończył swój lipcowy koncert na Open’er Festivalu. Jak powiedział, tak zrobił i już we wrześniu fanów twórczości muzyka zelektryzowała informacja o jego powrocie. Grubo mylił się ten, kto liczył na spokojny zakup biletów. Zniknęły one błyskawicznie, razem z otwarciem sprzedaży, co ostatecznie zaowocowało dwoma koncertami tego samego dnia. O prawdziwym szczęściu mogli mówić ci, którym i tym razem udało się zdążyć z nabyciem wejściówek.

Jedną z rzeczy, które najbardziej spodobały mi się w tym koncercie była prośba skierowana do publiczności. Na kilka minut przed koncertem, tradycyjnie elegancki pan, z przymrużeniem oka wygłosił krótki apel, aby powstrzymać się od korzystania z telefonów komórkowych. Żyjemy w czasach, kiedy każdy z nas permanentnie korzysta ze swoich smartfonów, dlatego warto choć chwilę poświęcić na to, aby ten niezwykły koncert zobaczyć na własne oczy. Pomimo jednostkowych wyrazów dezaprobaty, publiczność przyjęła to z olbrzymim entuzjazmem. Sam mając do niedawna liberalne podejście w tym temacie, coraz bardziej radykalizuję poglądy.

Trudno tak naprawdę opisać to, co działo się na kilka sekund przed koncertem i w momencie, kiedy już cały zespół wszedł na scenę. Publiczność nerwowo rozglądała się za Jackiem w oczekiwaniu na pojawieniu się swojego idola. Jednak przy tym skumulowaniu skrajnie euforycznych emocji ciężko mieć pewność czy jest to wystarczające określenie. Sam jego widok był magiczny, a pierwsze wersy „Dead Leaves And The Dirty Ground” sprawiły wrażenie jakby jego głos miał zbawienne właściwości, których wszyscy oczekiwali.

Mając olbrzymi dorobek na karku, Jack nie poddaje się rutynie i przewidywalności. Nie godzi się na ustępstwa i wyreżyserowane, perfekcyjne show. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, czego spodziewać się po każdym z jego występów. White tworzy spektakl jedyny w swoim rodzaju, którego kartą przetargową nie są fajerwerki, idealnie zagrane kawałki, przemyślane ruchy, a czysta spontaniczność, dynamiczność, nieprzewidywalność i szczerość. Każdy koncert to zupełnie inna setlista. Nawet pomiędzy występem z godziny 18., a tym z 22.30. trudno szukać znaczących podobieństw. Pośród osiemnastu utworów, jedynie sześć kawałków pochodziło z solowej twórczości Jacka. Pojawiły się covery Elvisa Presley’a „Power of My Love” czy Hanka Williamsa „You Know That I Know”. W subiektywnym odczuciu najmocniejszym punktem okazało się być tradycyjnie skoczne „Hotel Yorba” z wyraźnym przytupem w rytm country, „We’re Going To Be Friends”, „Top Yourself” z repertuaru The Raconteurs oraz bardzo pozytywne zaskoczenie, jeden z moich ulubionych utworów Białych Pasów – „Icky Thump”.

Oczywiście jest parę rzeczy, na które można by narzekać. W wieczornym koncercie zabrakło jak dla mnie przede wszystkim zagranego podczas wcześniejszego występu „Freedom at 21” – jednego z największych hymnów w solowej twórczości Jacka. Kolejny utwór, który z ogromną chęcią usłyszałbym ponownie na żywo to „I’m Shakin'”, jednakże nie jest on grany już od dłuższego czasu. Co więcej, koncert trwał jedynie półtorej godziny, aczkolwiek jest to zrozumiałe przy tak dużym wysiłku, jakim jest dwukrotne wyjście na scenę tego samego dnia.

Summa summarum wszystko to nietrudno puścić w niepamięć, bowiem jak mówił podczas Męskiego Grania Piotr Stelmach: Lepszy dobry niedosyt, niż niedobry przesyt, a w tym przypadku był to koncert z najwyższej półki. Nieograniczony wokalną niedyspozycją White zaprezentował wszystkie swoje walory, których zabrakło podczas występu w Gdyni. Był charakterystyczny nieziemski wokal, energia niczym na koncertach The White Stripes, demoniczne spojrzenie, przyprawiające o dreszcze solówki i hektolitry wylanego potu. Powrót do Polski, a w szczególności do Krakowa, z pewnością nie był dla Jacka po prostu kolejnym przystankiem na trasie, a sentymentalną podróżą w rodzinne strony. Owacyjnie żegnany, schodząc ze sceny stwierdził, iż dobrze jest wrócić w matczyne strony.

Nie ma więcej wpisów