music is ... muzyka z najlepszej strony.

Zamaskowani, czyli BOKKA w Krakowie

BOKKA / mat. prasowe

BOKKA / mat. prasowe

Ubiegłoroczne „Town of Stragers” sprawiło, że zespół BOKKA był na językach wszystkich choć trochę zainteresowanych rodzimym przemysłem muzycznym. Utwór spodobał się słuchaczom, ujął krytyków, wylądował na Pitchforku i radości nie było końca. Czas pokazał, że za singlem stała i cała płyta, a zamaskowana grupa ruszyła w trasę.

Album zespołu nie poruszył mnie szczególnie, stąd tym większa była moja ciekawość co do wykonania go na żywo. Ileż razy zdarza się, że specyficzne show sceniczne nadaje kawałkom nowego, lepszego wyrazu. Jednak na festiwalu Tauron Nowa Muzyka wciąż nic we mnie nie drgnęło. Ot, przyjemny występ, ale przy atrakcjach wieczoru nie pozostał mi długo w pamięci. Przyszedł zatem czas na klubowe podejście do tematu i przyznam, że kontekst zamkniętej przestrzeni krakowskiego klubu Fabryka spełnił swoje zadanie.

Pięć ogromnych ekranów porozmieszczanych na ścianach klubu optycznie powiększyło przestrzeń i zaangażowało do odbioru koncertu wszystkie zmysły. Prezentowane animacje nie rozpraszały i bardzo dobrze dopełniały dźwięki. Zespół konsekwentnie tkwi w postanowieniu niepokazywania twarzy. Tym razem maski przypominały iskrzące się, ostrokrawędziste kryształy. Wyróżniającym elementem ponownie był specyficzny rodzaj komunikacji z widownią – zdania pisane przez wokalistkę pokazywały się na ekranach.

Z muzycznej strony zgromadzonych czekało kilka niespodzianek. Nie powiem, przy początkowych utworach trudno było mi się wczuć w nastrój. Jednak kiedy pod koniec „I Am All That I’ve Lost” usłyszałam zaśpiewaną frazę z „Madder Red”, utworu jednego z moich ulubionych zespołów, Yeasayera, nie mogłam uwierzyć własnym uszom. Choć w pierwszej chwili zatęskniłam za Amerykanami, to od tego momentu całe moje skupienie przeszło na BOKKĘ, która dopiero zaczęła się rozkręcać. Pojawiły się nieobecne na albumie mocniejsze „Wait For It” i „What A Day”, można było zapoznać się z rozbudowanym „So Empty”, zachwyciło po raz kolejny „Town of Strangers”. Pośród znane utwory wkradły się kolejne interesujące wstawki, od PJ Harvey czy Joy Division. To właśnie te fragmenty ożywiły repertuar zespołu, który wciąż w moich uszach za bardzo pobrzmiewa wspomnieniami The Knife. Świetny głos wokalistki pozwolił zapomnieć o słabszych męskich popisach w coverze Caribou – „Kaili” (niech pani naprawdę nie oddaje nikomu innemu mikrofonu). Dobrze wyważone akcenty sprawiły, że godzina minęła nie wiadomo kiedy.

Koniec końców wieczór spędzony z BOKKĄ zaliczam do jak najbardziej udanych. Konsekwencja prowadzenia swego wizerunku i brak strachu przed eksperymentowaniem każe dobrze myśleć o przyszłości zespołu. Im więcej utworów w dorobku tym bardziej barwne koncerty będzie nam dane oglądać. Jest bardzo dobrze, a może być tylko lepiej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...