music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ars Cameralis: GoGo Penguin w Częstochowie

GoGo Penguin / mat. prasowe

GoGo Penguin / mat. prasowe

Choć festiwal Ars Cameralis trwa już od 7 listopada, ja przygodę z imprezą zaczęłam dość niespodziewanie w Filharmonii Częstochowskiej. 13 listopada miejsce to odwiedzili panowie z manchesterskiej grupy GoGo Penguin, by pokazać jak można zabawić się z jazzem. Ich najnowsza płyta, „v2.0″, nominowana do prestiżowych nagród Mercury Prize, to jeden z moich ulubionych tegorocznych krążków, stąd sprawdzenie formy chłopaków na żywo uznałam za obowiązkowe.

Trio zgromadziło sporą publikę, wypełniając salę kameralną po brzegi. Okazało się, że fortepian, kontrabas i perkusja stanowią połączenie idealne i potrafią stworzyć fenomenalne show pełne zgranych, choć sprawiających wrażenie zaplątanych dźwięków. Tak naprawdę brak było wiodącego instrumentu, każdy członek zespołu miał swoje (więcej niż) pięć minut na zaprezentowanie umiejętności. Manewry pianisty w niczym nie ustępowały popisom kontrabasisty (brawa za zwinne palce panowie!). Z kolei schowana przy tradycyjnych koncertach perkusja, tu jasno błyszczała z przodu, a obsługujący ją Rob Turner raz wyglądał jak natchniony malarz łagodnie wykonujący kolejne pociągnięcia, a raz bez żadnych ceregieli spuszczał prawdziwy łomot.

Jeżeli chodzi o repertuar można było usłyszeć największe hity z wspomnianego już „v2.0″. Tak jak i album, koncert rozpoczęło łagodne „Murmuration”, by potem przejść w fantastycznie zakończone „One Percent”, wywołując żywy entuzjazm wśród zgromadzonych widzów. Ta naprzemienność względnego spokoju z prawdziwym szaleństwem stała się kluczem do sukcesu. Wystarczy porównać urokliwe „Last Words” i galopujące rytmem i dźwiękami „Fanfares” z debiutanckiego albumu, to drugie stanowiące esencję prawdziwego jazzowego grania. Z kolei główną część koncertu zakończyło „Garden Dog Barbecue”, czyli utwór z rockowym zacięciem. Gdyby nie miejsca siedzące myślę, że wszyscy – włącznie z obecnym na sali prezydentem Częstochowy – szaleliby pod sceną. Widownia nie chciała wypuścić szybko zespołu ze sceny, panowie zaprezentowali więc dwa bisy. Drugi okazał się być ich autorską, bardzo dobrze podaną wariacją na temat „Teardrop” Massive Attack.

Trio wydawało się autentycznie przejęte ciepłym przyjęciem polskiej publiczności. Odpowiedzialny za drobną komunikację z publicznością zza kontrabasu Nick Blacka utwierdził mnie w przekonaniu, że są trójką otwartych i sympatycznych ludzi, zachęcając do spotkania po koncercie. Nie dane mi było skorzystać z okazji, jednak pozytywne wrażenia towarzyszyły mi jeszcze długo, a obu płyt zespołu wciąż nie mogę się dość nasłuchać. Dobra robota Ars Cameralis!

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...