music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ars Cameralis: The/Das + Retro Sex Galaxy

The/Das / fot. Wojtek Janus

The/Das / fot. Wojtek Janus

Właściwe, podkreślone dyskusją podejście do berlińskiej sceny elektronicznej będzie miało na Ars Cameralis swoje miejsce pod koniec tego tygodnia, jednak swoistym wstępem do całości rozważań nad muzyką i związkami między niemiecką stolicą a Katowicami okazał się piątkowy koncert. Zupełnie inny niż można by przypuszczać, zarówno repertuarowo jak i za sprawą prezencji samych gości. Jakkolwiek by bowiem nie mówić o muzyce The/Das, począwszy od niewyraźnych pojęć z pogranicza avante-garde ambient i noir-pop aż po typowe i wyczuwalne brzmienia techno i house, nic tak nie oddaje charakteru samego zespołu, jak zetknięcie się z nimi w przestrzeni klubowej.

Samo rozpoczęcie to przyswojenie cennej lekcji hitchcockowskiej maniery wciągnięcia obserwatora za pomocą nagłych, szokujących wydarzeń, które przybierają na sile. Postawienie przez The/Das na albumową, rozszerzoną wersję melodyjnego zatracenia się w „Miami Water” i zaprezentowanie „My Made Up Spook” zadziałało z podobnym skutkiem. Tak, że nawet jeśli w bardzo niewielu momentach późniejszego występu traciliśmy przez chwilę uwagę, to tylko po to, aby kolejne fragmenty „Operation of Chance” czy „Somebody Is” jeszcze bardziej zaskoczyły swoim wybrzmiewaniem. Epogeum przyniosły oczywiście ostatnie chwile występu, gdzie rozciągnięta na dziesięć minut kompozycja pokazała nie tylko umiejętność budowania napięcia poprzez zmianę tempa i eksponowania melodyjności, ale i samo perfekcyjne działanie zespołu.

Poszerzony o klawiszowca  i perkusistę skład The/Das okazał się bowiem prężnie działającą machiną. Świetna rotacja tego pierwszego muzyka, a także Fenka i Feista, którzy bez problemu zajmowali się opieką nad kolejnymi stanowiskami, nie wskazywała na jakiekolwiek pogubienie czy gorsze opanowanie instrumentu. Nawet, gdy zagrany na bis utwór „Fresh Water”, z racji swojej koncertowej premiery, dołożył kilka trudności z opanowaniem przez wokalistę gitary.

Sam Fabian Fenk stał się tu kategorią odrębną. Hybryda zewnętrznego wyglądu Jonny’ego Pierce’a i outfitu Gracjana Roztockiego – krótkie błękitne szorty z dopasowanymi pod kolor skarpetami, oraz prosty t-shirt i wełniana zimowa czapeczka – była jedynie pozornie dziwaczna. Swobodny, plażowy wygląd Fenka przeniósł się na samo sceniczne zachowanie – nieskrępowany przestrzenią wyznaczonej sceny odbywał krótkie wycieczki z mikrofonem lub gitarą, epatował scenicznym performancem, wyginając się w rytm, tworząc nieoczywiste ruchy i gesty, podkreślając emocje bogatą mimiką. Nie obyło się także bez kilku krótkich przerywników i tradycyjnych polskich wtrąceń, jak dziękuję – tu z pomocą dotyczącą wymowy przybył Feist – czy stwierdzeń o bardzo dobrej zabawie. A ta rzeczywiście taką była.

W dość rockowym, mocnym i energetycznym wydźwięku The/Das, wcześniejszy występ Retro Sex Galaxy wydawał się nie bardzo łączyć stylistycznie z główną atrakcją wieczoru, mimo iż mianowniki obu artystów były niemal te same. Wybrzmiewanie kolejnych pulsacji powolnie wypełniających klub Hipnoza trafiło w końcu do świadomości zbierającej się publiczności, która pomiędzy kolejnymi wybuchami śmiechu i łykami trunków, łagodnie reagowała na coraz bardziej porywcze ujęcia techno z dawką industrialu.

Sam Wojciech Kucharczyk, który początkowo medalowo wypełniał zawarte na swojej koszulce hasło Do techno się kurde tańczy, z czasem przeszedł do większego skupienia się nad konsoletą, mając nadzieję na przejęcie jego wcześniejszego zachowania przez słuchaczy. Do samego końca jego setu tańce trudno było zauważyć, choć machinalne wybijanie rytmu w miejscu i lekkie rozkołysanie stało się naprawdę miłym preludium.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...