music is ... muzyka z najlepszej strony.

The Inevitable End

Röyksopp The Inevitable End

data premiery: 2014-11-11
wytwórnia: Dog Triumph Limited

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 15 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Sugerując się dramatycznym tytułem albumu i wypowiedziami samych muzyków chciałoby się napisać epitafium dla projektu dwóch producentów, którym skandynawska scena muzyczna tak wiele zawdzięcza. Oni jednak przestać nagrywać nie zamierzają, epitafium należy się jedynie tradycyjnej formie wydawania muzyki – w końcu żyjemy w czasach, w których liczą się single oraz krótkie wydawnictwa nie wymagające od słuchacza bycia skupionym przez godzinę. Jest to smutna prawda ale trzeba przyznać, że w krótszej formie Röyksopp sprawdzili się doskonale, pozbawiona niepotrzebnych dłużyzn EP- ka „Do It Again” zawierała wszystko czego fan dobrej elektroniki mógłby sobie życzyć i nie dopuszczała uczucia ani na chwilę. Nagrać płytę składającą się z kilkunastu doskonałych utworów jest znacznie trudniej i prawdę mówiąc mało kto to potrafi.

Ten norweski duet natomiast od zawsze miał skłonność do nagrywania przebojowych singli, a zaczęło się od „Poor Leno”, któremu towarzyszył smutny klip będący antyreklamą zoo. W tym czasie MTV wciąż zajmowało się muzyką, a historię biednego Leno można było oglądać tam bardzo często. Ich drugi krążek przyniósł sensację w postaci „What Else Is There”, które przyczyniło się do popularności The Knife, ale mistrzostwo w tworzeniu klubowych bangerów osiągnęli wspólnie z Robyn na „Junior”, a także w tytułowym kawałku z niedawno wydanej EP-ki.

„The Inevitable End” z założenia ma być krążkiem stworzonym bardziej do domowego słuchania niż na klubowe parkiety i jest to po części prawda, aczkolwiek wyjątkiem od reguły jest podrasowane „Monument”. Tutaj sytuacja jest trochę analogiczna do Robyn i jej trylogii „Body Talk”, na pierwszym i drugim krążku umieściła akustyczne ballady, które następnie pojawiły się w wersji klubowej, a ja miałam mieszane uczucia w stosunku do drugiej wersji. W przypadku „Monument” nie mam watpliwości, że wersja przebojowa niestety odarta jest z gęstej, tajemniczej atmosfery obecnej na EP-ce, a przede wszystkim nie zawiera już tego zachwycającego, ciepłego dźwięku saksofonu, który przesądził o doskonałości pierwowzoru.

Całościowo jednak ten album to kontemplacyjny, a także nostalgiczny materiał. Rozpoczyna się genialnym „Skulls”, które oprócz śladów Kraftwerk posiada typowo royksöppowe harmonie. Takich znaków firmowych Torbjørna Brundtlanda oraz Sveina Berge jest tu więcej, najbardziej oczywistym jest „Save Me” z Susanne Sundfør na wokalu, gdzie cała struktura utworu do złudzenia przypomina niektóre fragmenty „Junior”, co jest największą wadą wydawnictwa.

Od pewnego czasu Röyksopp przyzwyczaili nas do dominacji żeńskich głosów w swoich kawałkach, natomiast na „The Inevitable End” nie dość, że znów pojawia się męski wokal to bije na głowę nawet samą Robyn. Mam tu na myśli Jamiego McDermotta, który w rozdzierającym „You Know I Have to Go” wzrusza do łez swoim aksamitnym, soulowym wokalem, a także Ryana Jamesa z Man Without a Country, który swoich umiejętności wokalnych użyczył w melancholijnym „Sordid Affair”. Udział Robyn w całym tym przedsięwzięciu jest czymś tak oczywistym jak fakt, że codziennie wschodzi słońce, natomiast wspaniała Susanne Sundfør, która sama ostatnimi czasy skierowała się w stronę elektroniki, w porywającym „Running to the Sea” również udowodniła, że należy jej się miejsce wśród gościnnych wokalistów na tym krążku.

„The Inevitable End” jest połączeniem starego z nowym – nie brakuje tu oklepanych chwytów, dźwięków tak charakterystycznych dla Röyksopp, że w ciemno można zgadywać, że to oni maczali w tym palce. Jednocześnie osoba Jamiego McDermotta sprawia, że Norwegowie ocierają się o wielki świat, poprzez emocjonalne „You Know I Have to Go” zahaczają o rejony James’a Blake’a, a w „I Had This Thing” przybliżają się do szkockiego mistrza klubowych hiciorów czyli Calvina Harrisa. Mimo, że nie wszystko na tym albumie zasługuje na uwagę i, jak to często bywa, można by bez niektórych fragmentów się obyć, to szkoda, że jest to ostatnie tego pokroju wydawnictwo duetu.  Dla kogoś przyzwyczajonego do długiej formy, EP-ka zawsze będzie czymś nie w pełni wartościowym.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...