music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ars Cameralis: Vashti Bunyan

Vashti Bunyan / fot. Radosław Kaźmierczak; Ars Cameralis

Vashti Bunyan / fot. Radosław Kaźmierczak; Ars Cameralis

Dla kogoś, kto na występie Vashti Bunyan zjawił się przypadkiem, z zupełnej ciekawości (czy był ktoś taki?), usłyszenie początkowej zapowiedzi o wykonaniu utworów będących listami dla jej dzieci, mógł zacząć przypuszczać, że pochwalne pieśni matki epatować będą typowymi, łzawymi tekstami i banalnością. Wątpliwości, przynajmniej częściowo, rozwiały pierwsze dwa utwory, mimo że wpisywały się w tę tematyczną retorykę. Kolejne, co chwila mieszały się z odniesieniami do szarości życia domowego, tworzenia rodziny i młodzieńczych marzeń o muzycznej karierze. Ktoś nie orientujący się w folkowej stylistyce i samym pojęciu freak folku - którego Bunyan stała się matką chrzestną - w najgorszym wypadku mógł odnieść wrażenie zmęczenia lub po prostu poczuć się ukulturalnionym w listopadowy niedzielny wieczór.

Sama Vashti, jak i jej instrumentalna pomoc w postaci Garetha Dicksona, nie zaskoczyła formą, lecz oddziaływaniem - akustyczne ballady wypełniały przestrzeń sali, z większym lub mniejszym naciskiem poruszając skrywane w publiczności pokłady emocjonalności. Zgromadzeni słuchacze otrzymali przegląd twórczości, w którym mieszały się wszystkie możliwe lata działalności Bunyan. Począwszy od zamierzchłej przeszłości początku lat 70., gdy ukazał się album „Just Another Diamond Day”, poprzez wydany w 2005 roku „Lookingafter” („Lately”, „Here Before”), a kończąc na promowaniu najświeższego dzieła, „Heartleap”, z którego prócz utworu tytułowego otrzymaliśmy chyba jedne z bardziej odznaczających się kompozycji – „Here” oraz „Across the Water”. Innym przykładem przykuwającym uwagę okazał się singiel „Train Song”, który użyty parę lat temu w amerykańskiej reklamie, dał Vashti pewne rozbudzenie rozpoznawalności, która wcześniej nie była jej dana.

W tym wyraźnym minimalizmie, który był przeciwieństwem rozmachu i fantastycznego wyglądu nowo wybudowanej Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia, Vashti odnalazła się jednak bardzo dobrze, oferując, prócz dawki muzycznej, także kilka zabawnych ciekawostek z życia oraz historii związanych z każdym z prezentowanych utworów. Dzięki temu nawet ci, którzy przegapili wcześniejszą projekcję filmu o artystce, jak i samą rozmowę z nią, zyskali krótkie wprowadzenie do jej świata.

Dopełnieniem, czy może nawet elementem równie ważnym, jak postać samej artystki, stało się tutaj miejsce. O tyle ważne, że idealnie spełniające rolę pewnego azylu, w którym - podobnie jak parędziesiąt lat temu z dala od zgiełku cywilizacji – Vashti tworzyła. Nagłośnienie i rozchodzenie się słów dość nieśmiałej, wyciszonej, acz wyjątkowo przyjaznej wokalistki, powodowało możliwość usłyszenia najmniejszych szmerów, przełknięć, nabrania powietrza przed wyśpiewaniem kolejnej zwrotki. Nastrój i klimat Sali Kameralnej, co prawda zupełnie dalekiej od małych przestrzeni, tworzył więc atmosferę obcowania w skromnym pomieszczeniu, z paroma dobrymi znajomymi, którzy siedząc wspólnie w jednym kręgu, wspominają dawne dobre czasy A jako muzyczne tło wykorzystują folkowe, gitarowe granie do ogniska.

Koncert z założenia jest spotkaniem artysty ze słuchaczem. Jednak nieczęsto zdarza się, by było ono tak osobiste. W przestrzeniach budynku Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia przyszło nam spotkać wyjątkową osobę, która chciała się z nami podzielić bagażem doświadczeń. Kilka krótkich zdań, kilkanaście prostych kompozycji i życiorys drugiego człowieka zawarty w tekstach, ot tak, na wyciągnięcie ręki. Delikatną melodią gitary Vashti Bunyan przeniosła nas w miejsca gdzie fantastyczne plany nierzadko spotykają szarą rzeczywistość. I nie, ten koncert mną nie wstrząsnął. Czasem nie chodzi o to by zostać powalonym na kolanach intensywnością doznań. Niekiedy wystarczy, by choć na chwilę się wyciszyć, zyskać w zabieganiu odrobinę spokoju i dać swoim myślom przestrzeń do wędrowania.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...