music is ... muzyka z najlepszej strony.

Ars Cameralis: Tune-Yards

Tune-Yards / mat. prasowe

Tune-Yards / mat. prasowe

Jadąc tego dnia do Katowic wiedziałem, że czeka mnie ciekawy wieczór wypełniony niebanalnymi dźwiękami. To, co zastałem na miejscu zupełnie mnie jednak zaskoczyło. Było to doświadczenie koncertowe jedyne w swoim rodzaju, zupełnie różne od imprez, do których jestem przyzwyczajony. Próbując je zamknąć w dwóch słowach myślę, że najlepsze byłyby te, które pozornie nie powinny iść w parze: intymność i zabawa.

Relacjonując występ Tune-Yards podczas festiwalu Ars Cameralis nie sposób nie wspomnieć o miejscu, w którym wszystko się wydarzyło. Klub Hipnoza to niewielkie miejsce o niesamowitym klimacie. Przygaszone światło i wygodne kanapy tworzą iście domowy charakter. Do tego scena, która w żaden sposób nie było oddzielona od publiczności a jedyną barierą było kilkadziesiąt centymetrów różnicy między poziomami podłogi. Przyznam, że przyzwyczajony do dużych klubów koncertowych jak Basen czy Palladium obawiałem się nieco, że takie miejsce wpłynie negatywnie na sam koncert i jego odbiór. Jak bardzo się pomyliłem przekonałem się w ciągu następnej półtorej godziny.

Tune-Yards weszli na scenę punktualnie i od razu zaczęli petardą pozytywnej energii w postaci kawałka „Sink–O”. Merrill Garbus i jej zespół chyba postawili sobie za cel rozwianie gęstych chmur i mgły, pokrywającej Katowice i sprowadzenie do Hipnozy słońca. Pełne zaangażowanie artystów i folkowe inspiracje mocno wyczuwalne w twórczości Amerykanki przywodziły na myśl plemienny rytuał sprowadzenia lata. Zadziwiające było oszczędne w reakcjach zachowanie publiczności, która początkowo dystans zachowywała nie tylko emocjonalnie ale i fizycznie, sprawiając, że czułem się trochę osamotniony stojąc tuż pod sceną. Na szczęście po kolejnej piosence, którą był ostatni singiel „Real Thing”, Merrill wraz z krótkim powitaniem zaprosiła publiczność bliżej zapewniając, że nie gryzie. Od tego momentu Hipnoza stała się miejscem nieprzerwanego szaleństwa oraz spontanicznych reakcji zarówno publiczności jak i artystów.

Możliwość przebywania tak blisko sceny dała mi niepowtarzalną okazję do obserwowania „artysty przy pracy”. Tutaj spotkało mnie kolejne zaskoczenie. Muzyka Tune-Yards składa się z ogromu dźwięków, którego niewielki, trzyosobowy zespół nie mógłby sam na żywo zagrać. Nie posiłkują się oni jednak gotowymi ścieżkami przygotowanymi wcześniej. Każdy loop nagrywany był na żywo, tuż przed piosenką. Rodziło to wiele zabawnych sytuacji, kiedy rozentuzjazmowana publiczność próbowała wybijać, zwykle dość trudny, rytm razem z Merrill. Te dość koślawe próby wywoływały na twarzy Amerykanki ogromny uśmiech. Choć sposób prezentacji materiału jest dokładnie zaplanowany, nie można powiedzieć, że jest wyreżyserowany. Zespół zostawia sobie dużo miejsca na improwizację i szaleństwo. Jednym z takich momentów było odśpiewanie „Happy Birthday” dla obchodzącej w tym dniu urodziny wokalistki wspierającej. Na prośbę Merrill odśpiewaliśmy również tradycyjne polskie „Sto lat” do którego jubilatka odtańczyła szalony taniec. Gwiazda wieczoru stwierdziła, że nasza wersja urodzinowej przyśpiewki jest zdecydowanie bardziej pozytywna . Nie był to zresztą jedyny polski akcent tego wieczoru. Dowiedzieliśmy się również, że zarówno Garbus jak i jubilatka mają korzenie sięgające naszego kraju.

Setlista tego wieczoru składała się z czternastu piosenek z czego większość pochodziła oczywiście z ostatniego albumu „Nicki Nack”. Niewątpliwą gratką dla publiczności była koncertowa premiera kawałka „Look Around”. Tune-Yards zostawili mnie ze zdecydowanym uczuciem niedosytu. Idealny przykład na prawdziwość powiedzenia „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Gdybyśmy jednak chcieli spróbować zrealizować moje zapotrzebowanie na dźwięki tego projektu, prawdopodobnie stalibyśmy tam do dziś. W nagrodę miałem okazję poznać główną bohaterkę tego wieczoru. Wrażenie, które sprawia na scenie w rzeczywistości wzmaga się wielokrotnie. Merrill Garbus to niewiarygodnie ciepła i urocza osoba. Podziękowała nam (!) za to, że chciało nam się przejechać wiele kilometrów specjalnie dla jej koncertu, zwłaszcza, że czeka nas całonocny powrót do domów. Uściskała każdego z nas, zaprezentowała swój najszerszy uśmiech do wspólnego zdjęcia i obiecała, że tym razem nie będziemy musieli czekać na jej ponowną wizytę aż trzy lata. Później, pomimo wyczerpującego występu, pomagała swojej ekipie zbierać sprzęt.

Tune-Yards to projekt nietuzinkowy, wywołujący uśmiech publiczności gdziekolwiek się pojawi. Tak też było w Katowicach. Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że jest to również projekt niedoceniany, zwłaszcza w naszym kraju. Stosunkowo niewielka ilość melomanów, którzy tego wieczoru zawitali do Hipnozy zaskoczyła mnie tym bardziej, że za niewielką cenę otrzymaliśmy najwyższej jakości dźwięki wyrywające się wszelkiej klasyfikacji. Dlatego moja rada jest jedna, jeśli znasz Tune-Yards, następnym razem nie odpuszczaj, jeśli jeszcze nie słyszałeś ich muzyki, nadrób czym prędzej.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...