music is ... muzyka z najlepszej strony.

Foo Fighters / mat. prasowe

Foo Fighters Sonic Highways

data wydania: 2014-11-10
wytwórnia: RCA

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 9 głosów
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Rozstrzygnięcie ostatecznej oceny dla twórczości Foo Fighters jest rzeczą trudną, bo sam problem ma zbyt wiele różnych czynników. Dodatkowo, po ostatnim albumie „Wasting Light” można było diametralnie zmienić zdanie na temat ich twórczości, która wreszcie okazała się przyswajalna w całości płyty, a nie tylko w jej części. Nagłe zainteresowania zespołem, jak i wzrostem jego muzycznego poziomu stworzył nadzieję na coś więcej, niż bazowanie jedynie na Davie Grohlu, którego charyzma zdaje się działć nawet na tych nie mających zbyt wielkiego do czynienia z samym zespołem.

Samo przedsięwzięcie pod nazwą „Sonic Highways” w swoich początkowych zapowiedziach jawiło się jako projekt wielki, pomysłowy i ekscytujący. Podróżowanie po ośmiu miastach USA i tworzenie w nich od postaw całości utworu jawiło się jak ukoronowanie dwudziestolecia twórczości. I choć samo zetknięcie z serialowym utrwaleniem sposobu nagrywania albumu mogło stworzyć obraz mistycznej podróży i nadać samemu dokumentowi pewnej głębi, tak bez dopełnienia jakim stał się serial HBO, strona muzyczna okazuje się nieco ogołocona z wszelkich odniesień, zatraca możliwość interpretacji. Staje się kolejną próbą rozbudzenia rockowej tradycji, która od strony Foo Fighters ma do zaoferowania oparcie w trzech gitarach – co na dłuższą metę jest sztuką powtarzalną.

Takich fragmentów jest na „Sonic Highways” kilka (żeby wymienić tu zagubiony w akcji „Congregation” i nużący”What Did I Do?/ God As My Witness”) lecz ten zawód staje się w końcu połowiczny. Głównie dlatego, że tak jak przy każdym poprzednim albumie przed rokiem 2011, tak i ten oferuje bardziej zapamiętywalne elementy – choć tym razem jest ich więcej. Podział całości jest o wiele trudniejszy, bo zamiast grupy pozycji mocnych, jak i sfery nic nie wnoszących fragmentów układanki, otrzymujemy w większości solidne, choć dalej tylko miłe do wysłuchania single. Gdzieś pomiędzy tym ładnym odtwarzaniem, które nie wznosi Foo Fighters na nowy poziom grania, począwszy od otwierającego album „Something From Nothing” mamy jednak kilka naprawdę celnych strzałów. Gitarową solówką porywa „Outside”, a dodatkowe smaczki w postaci sekcji dętej zaproszonego do tworzenia Preservation Hall Jazz Band w „In The Clear” oraz orkiestrowa aranżacja zamykającego „I Am The River” sprawiają, że wszystkie te utwory mogłyby się znaleźć na wydanym kilka lat temu zespołowym „Greatest Hits”.

Prócz przyjemnych dla ucha wybrzmiewań, sam zapowiadany koncept pomnika amerykańskiej muzyki rockowej nie do końca spełnia swoją rolę. Wspólne mianowniki, odniesienia do klasyków gatunków (Led Zeppelin, Bruce’a Springsteena) i stylistyk (stoner czy alt-rockowych chociażby) zarówno poprzez warstwę muzyczną, jak i w wielu momentach kiepską manierę tekstową, są wyczuwalne tylko w części.

To jednak w żadnej mierze wielki zarzut czy przytyk, stwierdzenie, że Foo Fighters rzucili się z motyką na słońce – nawet jeśli po najlepszym albumie w ich karierze można było mieć ochotę na podtrzymanie dobrej passy, pewne odrodzenie przebojowości spod znaku krążka „The Color and The Shape”. Można już więc chyba przestać liczyć na to, że Foos stanie się czymś więcej niż tylko grupą, która co kilka lat przypomina się paroma kompozycjami osiągającymi możliwe szczyty list przebojów i rankingi popularności, podczas gdy reszta ich materiału staje się zapomniana. Być może taki już ich urok. I ten sam przedstawia się na „Sonic Highways”.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...