music is ... muzyka z najlepszej strony.

Warszawa w dżungli dźwięków Glass Animals

Glass Animals / fot. Karolina Lewandowska

Glass Animals / fot. Karolina Lewandowska

Chyba wszyscy zgodzą się, że Glass Animals zasługują na miano jednego z najciekawszych debiutów tego roku. Czwórkę z Oxfordu na scenie eksperymentalnej spokojnie można nazwać zjawiskiem. W umierający trip-hop wnieśli dużo świeżości, wszczepiającym przy tym swoje charakterystyczne brzmienie. Do, można powiedzieć, konającego i przez wielu zapomnianego gatunku dodali olbrzymią paletę barw wyjętą niczym z dżungli, w tym przypadku dżungli dźwięków. To chyba najlepsze określenie dla tego, co znaleźć można w ich twórczości. Garść psychodeli, etnicznych brzmień, wyraźnie podkreślony bas i równie ważna perkusja zagęszczają tutaj atmosferę, dodają odrobiny tajemniczości i pociągającego dreszczyku emocji. Słuchanie Glass Animals to jak ciężka przeprawa przez wilgotną dżunglę. Jest niebezpiecznie, nie wiadomo co czyha za rogiem, jednak to ta niewiadoma każe iść dalej.

Jednak dżungla dźwięków na płycie, a brzmienie na żywo to dwa różne światy. W warszawskiej Fabryce Trzciny Glass Animals wystąpili po raz pierwszy od koncertu na Off Festivalu. Samo miejsce koncertu klimatem, a już na pewno samym wyglądem, nawet w najmniejszym stopniu nie przypomina gęstego tropikalnego lasu. Istotną kwestią było zatem w jakim stylu zaprezentują swój, bądź co bądź, szeroko doceniany materiał, czy ten barwny i gęsty klimat krążka uda im się przenieść w surowe przestrzenie klubu.

Glass Animals na wypełnione kluby i rzesze fanów w Polsce muszą chyba jeszcze poczekać. Piątkowego wieczora udało im się zebrać jedynie około stuosobową publiczność, która przypuszczam, iż z małej frekwencji czerpała niemałą satysfakcję. Kameralna atmosfera i zespół (dosłownie) na wyciągnięcie ręki zdecydowanie był jednym z plusów tego wydarzenia. Oszczędna scenografia, która opierała się głównie na kolorowym oświetleniu, w tym dniu również działała na korzyść zespołu – muzyka musiała bronić się sama. Dave Bayley zdawał się być całkowicie pochłonięty każdym, nawet najmniejszym dźwiękiem, który skutkiem własnej i kolegów mocy sprawczej wypływał z głośników. Swoją niecodzienną charyzmą skupiał praktycznie całą uwagę. Przypuszczam, iż różnorodność „Zaby” wynika po części z samej barwnej osobowości wokalisty.

Jeśli chodzi o samą stronę muzyczną koncertu, Glass Animals z łatwością przenieśli klimat krążka na swój występ. Przez cały czas przewijały się charakterystyczne i znane z płyty odgłosy dżungli, a każdy kawałek brzmiał niemalże tak samo jak na płycie. Pod względem wykonań na żywo Dave i spółka wydają się być bezbłędni, co jest godnym podziwu zdecydowanym atutem kapeli. Jak nietrudno się domyśleć, najciekawiej wypadły i najlepiej przyjęte zostały największe przeboje z debiutanckiego albumu. Nie zabrakło „Gooey”, które zarówno wokalistę, jak i publiczność wprowadziło w stan przyjemnego rozluźnienia, a także „Hazey” oraz „Black Mambo” z wyraźnie podkreślonymi uderzeniami perkusji, które zachęcało do bezwiednego kołysania się w rytm muzyki. Na bis Glass Animals zaserwowali spektakularny cover Kanye’go Westa oraz przyjęte z największym entuzjazmem „Pools”, które swoją drogą było chyba najlepszym wykonaniem tamtego wieczora.

Mimo, iż muzycznie kapela brzmiała jak należy, a publiczność wyraźnie dała się ponieść muzyce Brytyjczyków, to nie wszystko wydawało się być tak barwne. Chemia między sceną a parkietem była widoczna, lecz mam wrażenie, iż momentami brakowało energii, finezji i scenicznego błysku, jednak na wypracowanie tego ostatniego mają jeszcze czas. W moim odczuciu nie było charakterystycznej iskierki, która sprawia koncert niezapomnianym. Ostateczną oceną niech każdy tam obecny wystawi sam, bo punkt widzenia bardzo często zależy od punktu obserwacji.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...