music is ... muzyka z najlepszej strony.

Wokalny popis SOHNa

SOHN w Warszawie / fot. Adam Bombrych

SOHN w Warszawie / fot. Adam Bombrych

Z SOHNem zawsze miałem nie mały problem. Mimo korzystnych opinii debiutanckiego „Tremors” i pierwszych bardzo pozytywnych odczuć, z biegiem czasu krążek pozostawał dla mnie coraz mniej akceptowalny. Wszelkie możliwe obiektywne niedociągnięcia, do których można by się przyczepić i zupełnie subiektywne wrażenia, potęgowały efekt wyparcia. To, co uznać mogę za zarówno mocną, jak i słabą stronę Christophera to prostota melodii, które tworzy i która na dłuższą metę powodowała, iż bardzo trudno było zatrzymać mi w głowie jakiś inny utwór niż „Artifice” czy „The Wheel”. Wszelkie próby urozmaicenia i ożywienia brzmienia hamowane były przez dosyć melancholijny wokal. Lekki niesmak zatem pozostał. Do płyty nieczęsto wracałem, a jeśli chodzi o koncert nie miałem wygórowanych oczekiwań.

Jak na skromną powierzchnię warszawskich Hybryd, SOHN mimo wszystko nie zgromadził tłumów. Zanim jednak pojawił się na scenie, zaabsorbowaną sączeniem trunków, z niecierpliwością oczekującą pod barierkami publiczność rozgrzewał dj set Kucińskiej i Tyszki. Kilka minut przed dwudziestą pierwszą obydwoje zwinęli sprzęt, nastąpił szybki przegląd instrumentów i chwilę potem zgasły światła, a na scenie pojawił się Christopher Taylor z dwuosobowym zespołem. Przywitany brawami, choć zdawać by się mogło, iż z zachowawczym entuzjazmem publiczności, usiadł przy kokpicie. Stojące za nim lampy rozbłysły, mroczne zakamarki sceny zaczęły mienić się w odcieniach koloru niebieskiego, a Chris rozpoczął swoją muzyczną hipnozę.

Atmosfera zaczęła się zagęszczać razem z nawarstwianiem się syntezatorowych brzmień oscylujących raz odrobinę ostrożnie, a kiedy indziej śmielej, w okolicach R&B. Już otwierające „Warnings” było przedsmakiem wokalnych możliwości SOHNa, które z każdą kolejną sekundą stawały się coraz bardziej oczywiste, aż w końcu dotarliśmy do momentu, w którym naprawdę zapierały dech w piersiach. Taylor doskonale operuje głosem, a idealnie czyste zaśpiewanie jakiegokolwiek kawałka zdawało się nie stanowić dla niego żadnego problemu. Wstęp do „Tempest” dwukrotnie przerwany został aplauzem publiczności w uznaniu dla przeszywającego na wskroś głosu artysty. W setliście nie zabrakło oczywiście największego hitu, czyli „Artifice”, które wyprowadziło publiczność z głębokiej hipnozy przy przestrzennych, emocjonujących dźwiękach okraszonych emocjonalnym wokalem Chrisa. Wokalista zapowiedział, iż nadszedł czas by odrobinę potańczyć, a z głośników rozległ się pulsujący wstęp. Widownia jakby nieświadoma jaki to utwór, zareagowała dopiero po dłuższej chwili, po czym oddała się lekkim i subtelnym pląsom w rytm muzyki. Chris pozwolił sobie na odrobinę więcej ekspresji niż dotychczas, dodając do śpiewu dużo więcej emocji, niż te zawarte na krążku. Wywołany na bis wykonał jeszcze jeden, entuzjastycznie przyjęty utwór pt. „The Wheel”.

SOHN zdecydowanie zyskuje na żywo, głownie dzięki wspomnianemu wokalowi. Naprawdę ciężko znaleźć drugiego takiego artystę, który w tak samo nieskazitelny, urzekający i poruszający sposób potrafi wykonywać swoje utwory na żywo. Wszelkie inne dźwięki schodzą na dalsze tło, a występ staje się popisem wokalnych umiejętności Christophera Taylora. Choćby z tego jednego powodu jest to absolutnie jeden z lepszych koncertów, na jakich byłem w tym roku. Wszelkie wątpliwości zostały rozwiane, bowiem SOHN na żywo, to doskonałe lekarstwo dla nieprzekonanych. W przeciwieństwie do innych klubów, zadowalająco spisało się także nagłośnienie, co zdecydowanie ułatwiło odbiór i sprawiło, iż słuchanie i podziwianie koncertu była prawdziwą ucztą dla uszu.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...