Cztery lata trzeba było czekać aż Dan Snaith powróci do używania swojego bodaj najbardziej znanego pseudonimu i światło dzienne ujrzy kolejna płyta wydana jako Caribou. „Swim” zdążyło święcić triumfy w 2010 roku i poprzeczka została ustawiona naprawdę bardzo wysoko. Czy wydanemu w tym roku „Our Love” udało się ją przeskoczyć? Mimo ambitnych założeń, albumowi temu do statusu kultowego (który w moim przekonaniu dzierży poprzednik) nieco brakuje.

A przecież wszystko zaczyna się tak dobrze. Otwierające i singlowe „Can’t Do Without” elegancko pokazuje z czym Caribou radzi sobie najlepiej. Rozkręcający się powoli utwór, oparty w warstwie lirycznej na pojedynczym zdaniu, koniec końców ląduje z fantastycznym finałem prowadząc roztańczone parkiety do wyczekanego apogeum. Emocje łagodzi przyjemne, miękkie wejście w „Silver” i rozmywające się falsety Snaitha. Pieczołowita konstrukcja idzie w jak najlepszym kierunku do końcowych uderzeń „Our Love”. Tytułowy kawałek początkowo kreuje nawet atmosferę pewnej intymności, by skusić w końcu swoim house’owym powabem.

Niestety, linia wytyczona przez początkowe utwory zostaje załamana wraz z „Second Chance”. Utwór ten ma wyjątkowe predyspozycje, by polaryzować opinie. Występująca tu Jessy Lanza wprowadza dodatkowy punkt widzenia do muzycznego wywodu o miłości, jednak powiew kobiecego R’n’B tak bardzo różni się od początkowego rytmu płyty, że mimo szczerych chęci może sprawiać dyskomfort przy słuchaniu. Kolejne instrumentalne kawałki niezbyt ratują rozstrojone nerwy słuchacza, choć pewną nagrodą jest z pewnością finałowe „Your Love Will Set You Free”, wyposażone w eklektyczne elektroniczne smaczki, w którym wyczuwa się wyraźny wpływ innego z kolaboratorów, Owena Palleta.

Mimo że lirycznie album zamyka się w jedną całość, rozprawiając o uczuciach z nutą lekkiego sentymentalizmu, spójność krążka jako zbioru utworów muzycznych jest mocno zachwiana. Bardzo mocne kawałki mieszają się z wypełniaczami, które sprawiają wrażenie niedokończonych lub właściwie zmierzających donikąd. Stąd mimo naprawdę pozytywnego odbioru większej części płyty, wciąż pozostaje pewien dysonans. „Our Love” skłania raczej do powrotu do konkretnych utworów, niż do dzieła jako całości i nie angażuje tak mocno jak zapewne chciałby tego autor. Choć zyskuje na jakości z każdym kolejnym odsłuchaniem (słabsze kawałki Caribou wciąż są czołówką w swoim gatunku) to pewnej konsekwencji znanej ze „Swim” jednak mu brakuje.

Nie ma więcej wpisów