music is ... muzyka z najlepszej strony.

Karate Free Stylers Northern Youth

data wydania: 2014-09-23
wytwórnia: FYH!

ocena autora recenzji:
ocena czytelników: 4 głosy
oceń ten album
Oceń album
  • 1
  • 2
  • 3
  • 4
  • 5
  • 6
  • 7
  • 8
  • 9
  • 10
ok

Próba odgadnięcia zamysłu w twórczości Karate Free Stylers przysparza pewien problem. Nie chodzi tu jednak o jakieś wielkie zawirowania stylistyczne i treściowe, które na przestrzeni paru wydawnictw mogły mieć miejsce. To raczej kwestia rozszyfrowania czym jest i dlaczego w ogóle „Northern Youth” powstało. I choć to zdanie brzmi dość dosadnie i w domyśle przesądza o niekorzystnym dla olsztyńskiego zespołu wyroku, to sprawa nie jest tak do końca rozstrzygnięta.

Nieustanne powtarzanie nazwy najbardziej ikonicznego dla grunge’u zespołu będzie dla Karate Free Stylers tylko szkodą. Tym bardziej, że samych inspiracji czy nawiązań jest tu więcej, a posługiwanie się, czy bardziej – poruszanie w zjawiskowości rockowego klimatu lat 80. i 90. nie staje się jakąś ich przodującą domeną. Owszem, sporo tu naleciałości tej stylistyki, brzmieniowego brudu i w wielu momentach bujającej melodyjności („Wasteland”, „Olympia” w klimacie Pearl Jam), jednak wrzucanie grupy do tego worka wydaje się niesprawiedliwe. Mamy tu bowiem kilka innych – być może nawet ciekawszych – elementów, począwszy od rzężenia gitar garażowego „Indian Summer” czy nieco bardziej hałaśliwego (punk-ish?) przedstawienia rzeczywistości, które wyraża motoryczna perkusja utworu „Broken Trees”.

Najbardziej efektownym w dalszym ciągu pozostaje zwolnienie tempa w „Retreat Is Only The Beginning” – ekscytuje, poraża zapadającym w ucho gitarowym wprowadzeniem i bridgem czy dość emocjonalnym wokalem – zresztą ciepły głos Piotra Siwickiego jest tutaj sporą zaletą. To jedna z dwóch pełnych czterominutówek tego wydawnictwa, która prosi się o repeat, a tym samym jak mało który moment (prócz imprezowego „No Wounds” czy utworu „Breath”) każe dać szansę temu albumowi jako całości. I chociaż każda kolejna próba zapętlania „Northern Youth” działa na jego korzyść, to w ostatecznym rachunku okazuje się w jakimś sensie porażką poznaczą. Odrzuca topornością kompozycyjną utworu tytułowego, paroma niezbyt wyszukanymi gitarowymi solówkami, przeplataniem motywów chwytliwych, niepokornych i nic nie wnoszącymi próbami odwzorowania swoich muzycznych idoli.

Największym bowiem problemem materiału okazuje się zbyt wielka sztampowość brzmienia, przedstawienie utworów według dawniej przypisanym im kształtom. Tak jak na ostatnim albumie Foo Fighters, mamy tu pewien przekrój amerykańskich fascynacji garażowych, które na naszym podwórku zespół kieruje pod szyldem post-everything. Dobra to próba dookreślenia siebie. Niesie ona jednak ze sobą także bolesne uczucie, że po wysłuchaniu „Northern Youth”, właściwie mało co zostaje w naszej pamięci – łącznie z nazwą kapeli, która przecież powinna wnieść dużo od siebie. Już samo pierwsze zetknięcie się z krążkiem okazuje się zostawiać mylne wrażenie co do jego długości, gdy 36-minutowy album zdaje się trwać ponad ten czas. To uczucie na szczęście mija, pozostawiając jednak spory niedosyt wrażeniowy, który wypełnić próbują pewne momenty – bo właśnie dzięki poszczególnym kawałkom i zauważalnej radości z ich grania zapoznawanie się z płytą Karate Free Stylers ma sens.

I choć może najgorszym co mogę zrobić, będzie posługiwanie się kuriozalnym zarzutem, że koła to panowie nie wynaleźli, to jednak mimo solidnej porcji łojenia i przemycania muzycznego kanonu, karuzeli chwil radości i znużenia znanymi formami, brak tu większej inwencji, która wyniosłaby grupę spoza kręgu innych propagatorów podobnych treści. No, chyba, że brać ten album – mimo znaczącej poprawy, ułożenia i stworzenia bardziej realnych kształtów z rozmytych form przedstawionych chociażby na wydawnictwie „At Least We Are Able To Breathe” – jako rozgrzewkę, chwilową przyjemność i przygotowanie słuchaczy na coś bardziej znaczącego. Jeśli tak, mogę Karate Free Stylers dać spory kredyt zaufania i nawet im kibicować. Jeśli jednak nie, to właściwie po raz kolejny włączę ten album i skupię się na trzech, czterech naprawdę solidnych utworach, nie próbując nawet liczyć na coś więcej. Być może w obu przypadkach wyjdzie to na dobre.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...