Czasy kiedy Łódź kojarzona była głównie z Cool Kids Of Death minęły. Przyszła pora żeby nowe pokolenie opanowało tamtejsze sceny – jest już L.Stadt, Little White Lies, a teraz na usta wszystkich ludzi zamiłowanych w psychodelicznych, chłodnych dźwiękach powinna wejść grupa Sjón. Panowie wydają swój album w ciekawy i co najważniejsze, rozbudzający apetyt, sposób. Mianowicie płyta ukazuje się częściami. W sumie nie wiem czy nazywać to długogrającym wydawnictwem, czy może po prostu boxem EP-ek. Na początku listopada światło dzienne ujrzała pierwsza część tryptyku – „Human”.

Jak wiele można napisać o trzech kawałkach? Okazuje się, że całkiem sporo, bowiem panowie pomieścili w tych czternastu minutach więcej niż niejeden zespół mieści na dwóch czy trzech albumach. Przy czym zaznaczę, że na próżno szukać tu nadmiernego rozbuchania, czy nieprzemyślanych kompozycji. Gitary, perkusja, klawisze, dęciaki i wokal – wydaje się, że to wiele, jednak wypadku Sjón stanowi to połączenie wręcz znakomite. Zespół brzmieniowo oscyluje pomiędzy rockiem, elektroniką, shoegazem i nową falą, ale można także doszukać się tam niemal jazzowych wstawek, co w efekcie finalnym daje intrygujące i wciągające kompozycje. Mimo że skojarzenie samej nazwy Sjón z Islandią powstaje za sprawą niejakiego Sigurjóna Birgir Sigurðssona, (od którego wzięła się sama nazwa zespołu), to nie tylko islandzki chłód opanowuje ich muzykę.

Dziwne uczucie uczestnictwa w nabożeństwie atakuje w pierwszej minucie otwierającego wydawnictwo „Foolproof”… Do nieco ceremonialnych dźwięków powoli włącza się perkusja, gitara, pojawia się wokal i całość powoli nabiera tempa, spokojnie budując napięcie. A gdy w głowie zostaje jedynie powtarzające się w refrenie jak mantra There is no time… there is no time… – z tyłu głowy zaczynają pojawiać się skojarzenia choćby z Siekierą, ale tą spod znaku „Nowej Aleksandrii”. Zresztą barwa wokalu w niskich rejestrach to niemal wypisz, wymaluj Dariusz Malinowski… Jednak Kacper Kaczmarek udowadnia na całej EP-ce nie raz, że jego możliwości jako wokalisty są nieopisane i w ciągu sekundy niski tembr głosu zamienia w falset i odwrotnie.

To niecodzienne wydawnictwo zamyka promujący je kawałek „Pessimistic” – chyba najbardziej singlowa spośród tych trzech zupełnie nie-singlowych utworów. Bo u Sjón na próżno szukać elementów, do których można przyczepić łatkę „hit” – zapomnijcie, to nie są radiowe piosenki. Przejście przypominające dźwięk starej pozytywki, instrumenty dęte, gitarowe struny i nadająca charakteru sekcja rytmiczna z świetną linią basową tworzą tu niemały chaos przypominający jazzowe brzmienie Snowmana z ich pierwszego krążka. Jednak ten brzmieniowy zgiełk tylko stwarza pozory niekontrolowanych wojaży muzycznych – znów napięcie mozolnie pnie się po szczeblach tej dźwiękowej drabiny, żeby w finale dosięgnąć nas prawdziwą eksplozją muzycznych barw.

Ich psychodeliczne brzmienie wciąga niczym najlepszy narkotyk, a EP-ki słucha się z niemałą przyjemnością. Z każdym kolejnym odtworzeniem można znaleźć nowe muzyczne smaczki, niuanse, które zaledwie przez sekundę nieuwagi są w stanie umknąć. Te trzy kawałki to mały majstersztyk, coś, czego obecnie brakowało na naszej rodzimej scenie. Moim pobożnym życzeniem jest, żeby panowie zaistnieli w świadomości większej publiki, jednak znając realia naszego rynku obawiam się, że pozostaną niszowym, awangardowym zespołem, który doceniać będą nieliczni. Pozostaje niecierpliwie czekać na kolejne dwie odsłony tryptyku „Human Suffered Defeat” – po zetknięciu z pierwszą częścią kupuję resztę w ciemno, zaufajcie i sprawdźcie to wydawnictwo, bo naprawdę warto.

Nie ma więcej wpisów