music is ... muzyka z najlepszej strony.

SpaceFest wylądował na gdańskiej orbicie

The Oscillation / fot. Jarek Sopiński

The Oscillation / fot. Jarek Sopiński

Możliwość zetknięcia się z nową muzyką na żywo to radość podwójna. Do tej pory ciężko było wskazać na koncertowo-festiwalowej mapie Polski wydarzenie, które skupiałoby zespoły z pograniczna space-rock, kraturock czy shoegaze. Zdarzały się pojedyncze koncerty bardziej lub mniej (zwykle mniej) znanych kapel, jednak wciąż brakowało imprezy, która pokazałaby szersze spektrum tych gatunków. W ciągu czterech lat na trójmiejskiej scenie wyrósł SpaceFest, który wkrótce może dołączyć do grona najciekawszych wydarzeń i -  to nie tylko tych lokalnych.

Organizatorzy SpaceFestu przyjęli sobie za cel wyjście poza klasyczną formułę festiwalu i do koncertów dołożyli warsztaty i spotkania z muzykami, akcje artystyczne czy wydawnictwa płytowe. Główna część odbywająca się w Żaku przyciąga największą liczbę publiczności, która na pytanie co szczególnie chcieliby zobaczyć, zwykle odpowiada: „Wszystko”.

Czwartą edycję festiwalu otwierała bydgoska kapela 3moonboys, której ostatni krążek zatytułowany wymownie „Na tym zdjęciu wcale nie wyglądasz grubo” ukazał się w połowie listopada. Grupa znana z gęstych i dusznych brzmień gitar i basu swoim kilkudziesięciominutowym setem pokazał, że wciąż ma sporo do powiedzenia. Drżące, specjalnie wytłumione bębny, melodyjny i melancholijny jednocześnie wokal oraz eksperymentalne podejście do aranżacji – tak w wielkim skrócie można opisać muzykę jaką tworzą. Okazali się dobrym wstępem przed francuskim 2 kilos & More, które za pomocą elektronicznych sampli oraz analogowych i cyfrowych dźwięków tworzą pełne napięcia improwizacje. Schowani za prześwitującą kurtyną i pełnymi dramatyzmu wizualizacjami stworzyli swoją muzyką ścieżkę dźwiękową do abstrakcyjnego filmu. Na scenie towarzyszył im Black Sifichi – pisarz, performer, mistrz spoken word, podziemny aktywista radiowy, który swoimi melorecytacjami zbudował jeszcze większe napięcie i dodał dramaturgii.

2kilos & More

W przerwie między następnym koncertem, w kawiarni obok na malutkiej scenie zaprezentowała się Rara, czyli solowy projekt Rafała Skoniecznego uformowany po zawieszeniu działalności Hotelu Kosmos i WECK-a, w których wcześniej grał na gitarze i śpiewał. Za pomocą gitary akustycznej, przy maksymalnym skupieniu na każdym pojedynczym dźwięku tworzył przestrzenne, delikatne improwizacje kierowane przede wszystkim intuicją i wyczuciem. Wszystko przez to, że „interesuje go opustoszały kosmos”. W międzyczasie na scenie zainstalował się zespół The Oscillation – czarny koń pierwszego dnia festiwalu. Ich muzyka to mieszanka surowego krautrocka i noise’owych przesterów. Słyszalna przestrzeń, hipnotyzująca linia basu i cała masa efektów. Do tego momentami słyszalne inspiracje Spaceman 3 i zostaliśmy wciągnięci w absolutnie kosmiczną otchłań. Jeden z ciekawszych i bardziej przyciągających występów tego wieczoru.

Po nich na scenie pojawiło się legendarne już Silver Apple. Niegdyś duet, teraz reprezentowany tylko przez Simeona stojącego za domowej roboty syntezatorem, składającym się z 12 oscylatorów, zestawu filtrów dźwiękowych i klawiszy wymontowanych z telegrafu. Do tworzenia piskliwych i falujących dźwięków wykorzystuje części odbiorników radiowych, sprzętu laboratoryjnego i różnego rodzaju przetworników. Efekt? Totalnie powykręcane, pulsujące, elektroniczne brzmienia i absolutnie zachwycona publiczność. Nie od dziś wiadomo, że to, co najdziwniejsze, nieszablonowe i egzotyczne wzbudza największe zainteresowanie. Dowodem na to były koncerty m.in. Omara Souleymana na OFF Festivalu czy King Khana na Soundrivie.

Silver Apples

Dzień drugi rozpoczęło duńskie Tales of Murder and Dust. Mroczny, eksperymentalny neo-psychodeliczny rock z szepczącym wokalem w tle. Koncert pełen ciężkich riffów, transowych przesterowanych efektami gitar, skandynawskiego chłodu i głębi. Ich muzyka choć momentami przytłacza, potrafi jednocześnie ukoić swoim spokojem i harmonią, w dużej mierze za sprawą smyczków i delikatnych klawiszy. Wsłuchując się w muzykę do tej pory nieznaną, można było wyłapać znajome motywy zasłyszane u Mogwai i zatopić się w dźwiękach północy. Zespół doskonale zsynchronizowany na scenie i całkowicie płynący z dźwiękiem. Trochę zaczarowani, gdzieś zawieszeni i odrealnieni w swojej twórczości. Nic dziwnego, że trafili do skandynawskiego nurtu psych-noir, który doskonale definiuje ich stylistykę.

Kolejnym polskim akcentem na festiwalu był zespół The Enters. Pochodzą z warmińsko-mazurskiej Ornety, ale na co dzień stacjonują w Londynie. Przesiąknięci brytyjskim brzmieniem postanowili połączyć je ze swoją fascynacją shoegazem. Wyszła z tego energetyczna mieszanka hałaśliwej ściany gitar z sennym wokalem. Panowie nie ukrywają swoich fascynacji sceną alternatywną z końca lat 80-tych i 90-tych i garściami czerpią z dorobku choćby The Telescopes. W mocno psychodelicznym line up’ie okazali się być jednym z bardziej melodyjnych elementów. Jak co roku największą uwagę publiczności przyciągnął projekt Pure Phase Ensemble. 7-osobowy zespół dowodzony przez Marka Gardenera z legendarnej grupy Ride. W skład zespołu weszli muzycy m.in. Ciszy Nocnej, Wilgi oraz Michał Pydo z Hatifnats, organizator Karol Schwarz i Ray Dickaty z zespołu Spiritualized. Przez 4 dni warsztatów muzycy skomponowali nowe utwory, z który stworzyli koncertowy set. Bez wątpienia najbardziej zauważalną postacią w tym składzie był właśnie Gardener, przede wszystkim za sprawą swojego wokalu. Obok niego dzięki swojej specyficznej barwie głosu uwidocznił się również Michał Pydo, jednak jego gitara zdawała się ginąć wśród sekcji rytmicznej. Podobnie było z fletem i saksofonem Dickatego, któremu tylko momentami udawało się przebić przez ścianę strun. Choć występ bardzo dopracowany i energetyczny, to jednak nie do końca równy.

Mark Gardener

Festiwal zamykał brytyjski duet The KVB bazujący na psychodelicznych syntezatorach, samplowanej perkusji i mocno przesterowanej gitarze wokalisty Nicholasa Wooda. Niestety wbrew oczekiwaniom nie był to najlepszy koncert festiwalu. Ciekawi stylistycznie, ale niestety niezbyt energiczni na scenie, co w efekcie końcowym zamiast zakończyć imprezę mocnym akcentem spowodowało raczej senność i znudzenie. Dla wielu był to jedynie dodatek po koncercie Pure Phase Ensamble.

SpaceFest z każdym rokiem rośnie w siłę. Już teraz jest jedną z najważniejszych trójmiejskich imprez, która pomimo określonego programu wciąż wykracza poza ramy gatunkowe. Konsekwentnie podążając wyznaczoną sobie ścieżką, w ciągu kilku najbliższych lat może dołączyć do grona najbardziej pożądanych alternatywnych festiwali, tym bardziej, że wypełnia koncertową luke na scenie shoegaze. Organizacyjnie to dobrze naoliwiona maszyna, która nie zawiodła swoim działaniem przez cały festiwal. Warto jednak pomyśleć nad zmianą formuły koncertów odbywających się w kawiarni, miejscu w którym dźwięk ginie wśród rozmów i gwaru. Brak możliwość skupienia się na muzyce, która tego skupienia wymaga jest jedynym minusem nad którym należy popracować. Wierzę jednak, że organizatorzy podołają stawianym im wymaganiom i 5. edycja SpaceFest ponownie zostanie wyprzedana.

zobacz także

dodaj komentarz

Ładowanie ...